Przerwa na czerwony środek

Czerwiec 12 | w Australia | przez | 8 Comments

 

Nie mam zamiaru ukrywać, że Australię potraktowaliśmy typowo zarobkowo. Od ponad pół roku siedzimy na tyłku i co tydzień zaglądamy na konto z nadzieją, że już wystarczająco mamy tam dolarów by wyruszyć dalej. Przyznajemy się bez bicia, że Australię zostawiamy sobie na emeryturkę. Po pierwsze, za droga ona dla nas teraz, po drugie za dużo czasu by nam to zajęło. Na emeryturkę będzie jak się patrzy. Taka ucywilizowana, uczesana, wygodna. Teraz nasze niespokojne dusze wolą zrobić coś mniej przewidywalnego i łatwego. AZJA!!! Pomimo tego, skoro już tu jesteśmy, wybraliśmy się samolotem do Alice Spring, żeby chociaż na kilka dni oderwać się od szejkania drinów i serwowania jedzenia. Ale też, żeby zobaczyć czy faktycznie tam tak pusto i czerwono jak mówią.

Zaraz po wylądowaniu zapakowaliśmy się do naszego wypożyczonego samochodu, tak na burżuja, a co, się haruje, się zarabia, się ma. Ale na tym burżujstwo się zakończyło, bo na noclegi w hotelach już wydawać nie chcieliśmy, więc jak to za starych czasów w USA, spaliśmy na przednich siedzeniach. Wszystko odbywało się w tempie szybkim. Szybkie zakupy, szybkie tankowanie, szybka jazda, szybki rzut okiem na Alice Spring i na szurających bosymi stopami o asfalt Aborygenów. Nie było ani chwili do stracenia, bo plan był napięty. Czym prędzej wyruszyć w kierunku Uluru, Kings Canyon, The Olgas. Australijski outback w 4 dni.

Wielu osobom może się wydawać, że to wszystko leży rzut beretem od Alice Spring. Jeśli spojrzeć na to, jak na totalne pustkowia, gdzie jedno miasto od drugiego oddalone jest o jakieś 1500 kilometrów, to te 500 to pestka. Ale z drugiej strony to tak czy inaczej 500 kilosów. Ale droga była prościutka, trochę popadało, więc się nie kurzyło za mocno na outbacku.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy praktycznie nic. Nie licząc jednego dingo, który prawie wpadł nam pod koła samochodu. Zaczęło lać, więc zjechaliśmy na jedną z rest area, gdzie spędziliśmy noc. Nad ranem, jak zwykle po pierwszej nocy na przednim siedzeniu, wszystko nas bolało. To normalka. Drugiej nocy i trzeciej już spaliśmy jak zabici, bo i zmęczeni byliśmy, no i mięśnie się już odpowiednio ponaciągały i kości ułożyły. Już ta rączka od skrzyni biegów dogadała się z prawą nerką. Już kierownica służy za podparcie dla stóp, a nie jak wcześniej gniotła kolana. Już lewa ręka tak mocno nie drętwieje, a pośladek zaprzyjaźnił się ze schowkiem.

Codziennie skoro świt czas było ruszać. W głowie ciągle mieliśmy jedną myśl  „ Tylko 4 dni”. Dlatego nie czas było na rozterki i grymasy, a może dzisiaj odpuścimy, bo pogoda słaba, albo pojedziemy, gdzie indziej, a jutro tu wrócimy. Trzeba działać, trzeba zobaczyć jak najwięcej, trzeba zwiedzać, trzeba doświadczać, trzeba poznawać i trzeba to robić szybko, żeby się wyrobić. I tak też było.

W towarzystwie miliona much, które jak raz nas dopadły, tak do samego końca nie odpuszczały wyruszyliśmy do Kings Canyon.  Ale o muchach najpierw.  Towarzyszyły nam wszędzie i we wszystkim. W pieszych wędrówkach, w posiłkach, nawet w toalecie. Mieliśmy je w uszach, nosie i nie powiem gdzie jeszcze. Nie polubiliśmy się na wstępie. Dopiero po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że te muchy nie muszą być wcale takie wredne. Podstawowa zasada, NIE RUSZAĆ! Jak raz sobie usiadły na plecach, tak sobie siedziały na nich przez długie godziny. I jeśli ich nie odganiałeś tylko pogodziłeś z faktem, że masz milion czarnych kropek na plecach, mogłeś dalej sobie chodzić i zwiedzać.  stwierdziliśmy otóż, że muszą być to muchy turystyczne, z podgatunku leniwce. Bo niby chce im się podróżować, ale najlepiej czyimś kosztem. Tym którym średnio widzą się pasażerowie na gapę radzi się zaopatrzyć w jedyny działający na outbacku odstraszacz owadów „BushMan” dostępny w Colesie.

A wracając do Kings Canyon. W jednym miejscu rudo – czerwone ściany płaskie i gładkie, jak szkło, równiusieńkie, jakby pojechane szlifierką. W innym poszarpane, gdzieś indziej powydłubywane. Trochę jak ciasto Stefanka z nadzieniem czerwono – brązowego żużlu. A na dole płynie rzeczka, gesto zarośnięta. Ten zielony odcień drzew, krzewów i kwiatów wygląda niczym oaza po środku tego totalnego pustkowia, ospałego, znużonego nicością.

Pięknie, pięknie, ale czas jechać dalej, bo jak pamiętamy ciągle i nieustannie „Tylko 4 dni”.

Na zachód słońca pojechaliśmy pod Uluru. Niby tylko kamień, ale jednak robi… woooow… wrażenie. Najpiękniej wygląda o zachodzie, jeżeli spojrzymy na niego pod kątem wizualnym. Ale gdyby ktoś chciał dostrzec jego duszę, to znajdzie wskazówki w moim poprzednim wpisie Uluru – kamień zwykły, czy niezwykły.

Kings Canyon jest, Uluru jest, idzie zgodnie z planem, ale to nie znaczy, że można zwolnić. O nie, przecież jeszcze tyle przed nami. Dlatego znowu szybko do samochodu, znowu szybko jedziemy, żeby znowu jak najszybciej zobaczyć „Olgaski”. Widziałam je już spod Uluru i doczekać się nie mogłam spotkania z nimi. Zwane przez Aborygenów „Wiele Głów”, czyli The Olgas. 36 wyrastających z ziemi czerwonych bulw, których baloniaste kształty i totalny brak gracji podbiły moje serce.

Nim się obejrzeliśmy, a tu już ostatni dzień. A przed nami jeszcze Mac Donnell Range, jeszcze Wallabis skaczące między kamieniami,  jeszcze głaskanie wielbłąda po garbie, jeszcze Standley Chasm i Ochre Pits.

Zdążyliśmy. Plan wykonaliśmy. Już siedzimy w samolocie. Za kilka godzin założymy białą koszulę i przygotujemy klientowi drinka, weźmiemy zamówienie, podamy pysznego steka. Rano jeszcze byliśmy na pustyni, a wieczorem już pachnący i uśmiechnięci wtapiamy się w miejską rzeczywistość.

Liznęliśmy piękny zakątek świata, ale też uświadomiliśmy sobie coś bardzo ważnego. Coś o czym wiedzieliśmy, ale nie do końca to docenialiśmy podczas naszej podróży dookoła świata. Jak ważny jest czas. Jak ważne jest by nie być zamkniętym w przedziale, by nie mieć określonych ram. Wielu osobom wydaje się, że żeby podróżować trzeba mieć odłożonych kilka milionów na koncie. Moim natomiast skromnym zdaniem to tysiące godzin w kieszeni są tu o wiele cenniejsze.

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5230446

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5210048

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5210045

Kings Canyon

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220131

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220154

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220152

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220138

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220102

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220092

Uluru

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5230459

The Olgas

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5230450

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5230444

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5230442

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220215

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220228

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5220208

MacDonnell Range

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0136

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0161

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0159

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0166

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0088

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0103

Ochre Pits

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0075

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0071

Standley Chasm

2013 05 25_z2strony_Uluru_P5240521

2013 05 25_z2strony_Uluru_DSC_0065

 

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. grażyna pisze:

    Świetne zdjęcia!
    Mogę się dowiedzieć jakim sprzętem robicie foty i jaka optyka wam się sprawdza w podróży?

    • Magda i Tomek pisze:

      Zdjęcia z okolic Uluru to tak naprawdę pierwszy test naszej nowej zabawki. Postanowiliśmy na chwilę odstawić na półkę naszego zasłużonego Nikona D90 i przestawiamy się powoli na bezlusterkowca Olympusa OM-D (to tak w ramach odchudzania naszego bagażu przed rowerami w Azji) Do zdjęć z tego wpisu używaliśmy obiektywu Lumix 12-35 ze stałym światłem 1:2.8, w ostatnim tygodniu dokupiliśmy jeszcze stałkę Olympusa 75mm 1:1.8 i taki zestaw planujemy zabrać w dalszą podróż. Pozdrawiamy!

  2. HikingTours pisze:

    Uśmiech wielbłąda na zdjęciu wymiata 🙂

  3. Bodzia pisze:

    Przepiękne zdjęcia…cudowne kolory…magiczne miejsca….

  4. David pisze:

    Hej,

    Bardzo fajny blog – az mi ciezko teraz na tylku usiedziec przy pracy hehe

    Jak sie bedziecie wybierac do Azji to zapraszam na moj blog fotoggraficzny.

    Pozdr i powodzenia!

  5. Możej pisze:

    Zajebiste! Czy dobrze widzę linkową drabinkę na 4-tym zdjęciu (po lewej)?

    • Magda i Tomek pisze:

      🙂 Ty i twoje oko do makabrycznych szczegółów:) To zaciek tylko, aczkolwiek opcja drabinki byłaby zajebista, skorzystalibyśmy na pewno. Pozdrawiamy Możejowo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »