Sposób na Mandalay

Październik 5 | w Birma | przez | 1 Comment

Mingun

Przy pierwszej wizycie Mandalay nie zrobiło na nas zbyt dobrego wrażenia, ot następne męczące miasto, brudne, głośne, gorące, wszyscy trąbią, każde przejście przez ulicę to walka o życie. Gdy przyjechaliśmy tu drugi raz było jednak inaczej, przede wszystkim  dlatego, że wsiedliśmy na skuterek i teraz wskoczyliśmy na następny poziom w miejskiej randze, gdzie pieszy nie znaczy nic. Zajęło mi kilka chwil opanowanie birmańskich zasad ruchu drogowego, które w gruncie rzeczy nie są takie skomplikowane. Przede wszystkim należy trąbić. Ciśniemy klakson gdy włączamy się do ruchu, gdy ktoś przed nami włącza się do ruchu, gdy wjeżdżamy na skrzyżowanie z pierwszeństwem, gdy wjeżdżamy z podporządkowanej, trąbimy na pieszych, którzy próbują wejść na przejście, na psa przy drodze, na  krowę, trąbimy cały czas. Wszystkie skrzyżowania są w zasadzie równorzędne, tzn. nawet gdy nie są, to w praktyce są. Nie oznacza to, że ten z prawej ma pierwszeństwo, pierwszeństwo ma pewny siebie, chwila zawahania i rzeka skuterków zajeżdża ci drogę. Gdy jednak na drogę wjeżdża coś większego, autobus, czy ciężarówka, wszystkie zasady biorą w łeb, większy w Birmie ma pierwszeństwo. I nie ważne, że wyjeżdża z podporządkowanej, czy na przykład ma ochotę zawrócić na środku dwupasmówki, dużemu wolno, reszta może sobie co najwyżej po trąbić.

Gdy musisz dolać paliwa do baku nie szukasz tutaj wielkiej tablicy z cenami za litr bezołowiowej,  nie szukasz stacji benzynowej z dystrybutorami, kasą i panem, który pomoże ci nalać paliwo. Nie mówię, że takich stacji kompletnie nie ma, bo się zdarzają, ale życzę powodzenia w szukaniu tych kilku ukrytych w milionowym mieście.  Nie znaczy to, że z zatankowaniem jest jakikolwiek problem, co kilkaset metrów przy drodze, często przy małych sklepikach spożywczych, są wystawione butelki z żółtą, czerwoną i białą cieczą. To nie oranżada, a właśnie paliwo. Wybieracie kolor, płacicie 1000 kyatów i bierzecie na wynos, lub na miejscu, wtedy dostaniecie lejek samoobsługowy. Wlewasz i możesz jechać trąbić dalej.

                Gdy się już zorientowaliśmy jak się nie dać staranować na drodze, gdy już zalaliśmy do pełna bak, pojechaliśmy zwiedzać okolicę Mandalay. Pierwszą atrakcją na naszej trasie był lokalny obcinacz włosów w Amarapura. W sumie sam do końca nie wiem, czy to fryzjer był większą atrakcją dla nas, czy my dla niego. Jak tylko przekroczyłem próg „zakładu”, chłopak, który siedział właśnie na fotelu w połowie obcięty zaczął zeskakiwać z fotela,  żeby mi zwolnić miejsce. Udało się go jednak przekonać, że białas też człowiek i poczekać może. Po kilku minutach pomiędzy kołdunami czarnych włosów było już ośmiu nowych asystentów. Jeden pobiegł po saszetkę z szamponem, drugi poczęstował mnie zapakowanym w zielony liść betelem, trzeci wyciągnął nową pelerynkę, czwarty przyniósł wiadro z czystą wodą do spłukiwania czupryny. No mówię wam, obsługa na najwyższym poziomie, a do tego w wyśmienitej, wesołej atmosferze.

                Kolejną atrakcją dnia było strzelanie z aparatu do buddyjskich mnichów. Notabene atrakcją, na którą gorąco namawiał nas właśnie jeden z nich przy naszej poprzedniej wizycie w Amanapurna. Wyglądało to tak, kilkuset mnichów ustawionych w równych rzędach, każdy z misą i ściereczką w ręku, w szafranowych szatach, pod ostrzałem kilkudziesięciu amatorów fotografii akcji, czekali cierpliwie na śniadanie. Dostawali z migawki po nogach, z flesza w oko, zoomem po rękach, ale nikt nie protestował, nikt się nie odezwał, cierpliwie podchodzili w ciszy po porcję śniadania. Gdy już i my odstrzeliliśmy kilkudziesięciu mnichów, z tysiącem kadrów, zapchaną kartą SD, pojechaliśmy dalej.

                Okolica piękna, jezioro Taungthaman z fantazyjnie pomalowanymi łódkami i mostem tekowym spinającym jego dwa brzegi. Zielone wzgórza nad rzeką  Ayeyarwady ze sterczącymi złotymi stupami i willami pamiętającymi jeszcze czasy Anglików . A pomiędzy tym wszystkim ludzie, biedni ludzie, zapracowani, ale pogodni, uśmiechnięci. Dzieciaki przebierające plastikowe, pływające w jeziorze butelki, cięte na mniejsze kawałki i układane przy drodze odpowiednio kolorami.  Kobiety przenoszące wielkie głazy na głowie, które były później rozbijane młotkami i układane pod nową drogę. Mężczyźni wciskający w ziemie drewniany pług ciągnięty przez szare bawoły. Ludzie zapakowani jak sardynki w jadącego do miasta busa. Malownicze i smutne widoki.

                Widzieliśmy też dwa zabytki w Mingun.  Pierwszy, niedokończona ceglana Stupa Pahtodawgyi, pęknięta po trzęsieniu ziemi, drugi, Hsinphyumae Pagoda, śnieżnobiała, z widokiem na okoliczne pola ryżowe, a wokół nich sprzedawcy wszystkiego, proszący o wydanie choćby jednego dolara. Przechodziliśmy obok działu z kapeluszami, wydłubane z bambusa, ręcznie pozszywane, wyrzeźbione, spytaliśmy z ciekawości o cenę. 1800 kyatów, jak dla was 1500, 1,5 dolara! Spojrzałem na Magdę, ona na mnie, kurde, po co nam ten kapelusz, będziemy go ciągać po świecie, na rowerze w nim jechać? Założyć go pod, czy nad kask rowerowy? No ale przecież rodzinka przyjeżdża do Tajlandii, zabiorą do domu, ale to jeszcze dwa tygodnie, przemęczymy się z nim. To poprosimy, ale za 1800 kyatów. I się zaczęło, jak już sąsiadki zobaczyły, że coś kupujemy, żyć nam nie dały. Goniły nas z kolejnymi kapeluszami, torebkami, pamiątkami. Za grosze, za bezcen, ale my nie możemy plecaki mamy tylko i na rowerach, dwa następne lata, tłumaczenie nic nie dawało. Dało się odczuć desperację, faktyczną potrzebę zarobienia tego dolara dzisiaj. Nie mogliśmy wszystkiego kupić.

                Na zachód słońca dojechaliśmy na Mandalay Hill, tam zobaczyliśmy to miasto z góry. I w tej całej biednej masie dopiero teraz dostrzegliśmy wielkie pola golfowe w centrum miasta. Pięknie przystrzyżona, zielona trawka, białe meleksy, a za ogrodzeniem slumsy.

2013 10 05_z2strony_Mandalay_PA050314
Na skuterze w oldskulowych kaskach.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_P9270076
Na fotelu u birmańskiego fryzjera.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_PA050248
Autobus w okolicach Amarapury.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_PA050259
Taxi z Mingun.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_PA050249
Thanaka – birmański makijaż, tu w wersji art.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_P9270104
Wędkarze na jeziorze Taungthaman.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_page01
Wędkarze na jeziorze Taungthaman.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_DSC_0869
Most tekowy U Bein w Amarapura.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_DSC_0866
Właściciel łódki czeka na kolejnych klientów przy moście U Bein.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_P9270102
Kobieta z przystrojonym kapeluszem na moście U Bein.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_page02
Mnisi czekający na śniadania w klasztorze w Amarapura.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_PA050176
Mnisi czekający na śniadania w klasztorze w Amarapura.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_DSC_1138
Mnisi czekający na śniadania w klasztorze w Amarapura.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_P9270146
Modzi mnisi w Amarapura.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_P9270107
Wóz z birmańską rodziną.
2013 10 05_z2strony_Mandalay_page01
Stupa Pahtodawgyi i palmowe kapelusze za 1,5$ za sztukę.
2013 09 27_z2strony_Amarapura_DSC_0877
Dzieciaki w Amarapura.
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Fajnie sie czyta! Od razu chce sie jechac 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »