Z dziennika Magdy – Tutaj jest inaczej

Październik 18 | w Birma | przez | 5 Comments

2013 10 14_z2strony_Pathein_20131013_192228

Zajęło mi trochę czasu nim się przestawiłam na azjatyckie klimaty. Zaczynając od palącego słońca, dusznego powietrza, przez jedzenie i tony śmieci leżących na ulicach. Po wymuskanym Sydney, Yangon, do którego trafiliśmy tuż po wylądowaniu (największe miasto Birmy) wydało mi się jednym, wielkim śmietnikiem. Złapałam się na tym, że wszystko porównywałam z Polską i Australią. Nie mogłam zrobić nic głupszego! Ale w porę się opamiętałam i chociaż na początku było ciężko, starałam się nie oceniać, tylko akceptować, nawet to co w zachodnim świecie byłoby niedopuszczalne. Uzbroiłam się w cierpliwość i się przyglądałam.

Zacznijmy od pieszego na ulicy.

Nie ma on w Birmie totalnie żadnych praw. Nawet na pasach. Przez ulicę musisz przebiegać między samochodami, które nie zwolnią na twój widok. Za każdym razem, gdy musieliśmy lawirować między rozpędzonymi skuterami i autami serce podchodziło mi do gardła. A gdy szczęśliwie udało nam się dostać na drugą stronę jezdni, brałam głęboki oddech i cieszyłam się, że żyje. Nawet jak masz skrzyżowanie ze światłami, pieszy nie jest uwzględniony, nie ma swojego zielonego światełka. Musisz wyczuć odpowiedni moment i lecisz.

Pojęcie śmietnik nie istnieje.

Tutaj wszystko wyrzuca się pod siebie. Nawet w restauracji. Fruwające, walające się plastikowe woreczki, butelki, siatki, totalnie wszystko. Starasz się omijać, ale czasami się nie da, więc musisz wdepnąć.

Czerwona ziemia.

W pierwszej chwili, gdy zobaczyłam czerwone plamy na ulicy, byłam pewna, że to krew. Ale jakoś tak za dużo wszędzie było tej krwi. Szybko okazało się, że to betel wyżuty, zmieszany ze śliną i wypluty gdzie popadnie. W Birmie betel żuje chyba z 99% społeczeństwa. Tutaj uśmiech ma kolor bordowy, bo zawinięty w zielony listek, czerwony owoc barwi Birmańczykom ząbki na ten właśnie odcień. Do tego jeszcze dochodzi wszechobecna próchnica, ale to już zostawmy.

Harhanie i bekanie to tu normalka.

To było coś z czym najtrudniej było mi się uporać. Nie ważne czy jesteś w świątyni, restauracji, autobusie czy na środku ulicy. Birmańczyk beknie ci prosto w twarz, na twoich oczach wciągnie do gardła soczystego gila i splunie nim w okolicach twoich nóg. A potem się szeroko uśmiechnie i cię pozdrowi. I nie robi tego z braku szacunku do ciebie albo że cię nie lubi. Bekanie, harhanie, wciąganie gila, to w Birmie rzecz niezwykle normalna i nikt nie widzi w tym ani braku kultury, ani obrzydzenia. I chociaż starałam się to „przełknąć”, to jednak gdy coś jadłam, a przy stoliku obok, tuż za moimi plecami słyszałam ten dźwięk wciąganej flegmy, nie dawałam rady, wymiękałam, to było zbyt obrzydliwe, nie dojadałam. Próbowałam, naprawdę, ale w tej jednej kwestii zawsze wymiękam.

Cheeroty zamiast Marlboro

Grube, strasznie mocne birmańskie fajki. Zawinięte zielone liście cheerot wypchane są tobacco i elegancko przycięte z obu stron. Są bardzo tanie i bardzo popularne w Birmie. Spotkać szczuplutką, pomarszczoną na twarzy staruszkę z grubym cheerotem w ustach to tutaj nic niezwykłego.

Makijaż

Kobiety nie używają tutaj tuszu do rzęs, pudru czy różu. Ich twarze pokryte są żółto – białą substancją, która nazywa się thanaka. Na twarzach birmańskich kobiet, ale też i mężczyzn można podziwiać koła, liście, kwiaty. Wszystko zależy od fantazji autora make-up’u. Jak dla mnie rewelacja. Mam nadzieję, że Birmańczycy nigdy z tego nie zrezygnują.

Faceci w spódnicach.

To tak zwane longy, które w ich upałach wydają się być świetnym rozwiązaniem. Ale najlepszy jest sposób sikania w takim longy. Otóż faceci w Birmie sikają jak baba. Podwijają longy do kolanek, przykucają, wystawiają, co tam mają i sikają.

Zamówienie w restauracji.

Pisze o lokalnych restauracjach, gdzie jadają zwykli mieszkańcy. Siadasz do stolika, kelner podaje ci menu i stoi. Stoi przy tobie i czeka. Zagląda ci przez jedno ramie, drugie ramie. Czeka. Możesz to menu trzymać i 10 minut, a on będzie przy tobie czekał. Zadajesz mu pytanie. On nie rozumie, więc woła pomocnika. Pomocnik coś tam odpowie, powiedzmy, że rozwiązał problem. I teraz stoi nad tobą dwóch kelnerów. Na krok cię nie odstępują. Początkowo trochę było to krępujące, ale z czasem się przyzwyczailiśmy.

Birmańska współpraca.

Wchodzimy do hotelu. Tomasz zostaje w recepcji, a ja idę do pokoju. Za mną idzie 7 pomocników. Otwieram pokój i wchodzę, a za mną wlewa się reszta. Ledwo się wszyscy pomieściliśmy. Siadam na łóżku by nie przeszkadzać i z pełnym podziwem patrzę. Jeden bierze pilota do telewizora. Czeka chwilę, aż drugi naciśnie guzik w telewizorze, by go uruchomić. Trzeci trzyma w ręku pilota od klimatyzacji i czeka, aż czwarty włączy guzik przy klimatyzacji, by ją uruchomić. Piąty psiuka sprejem odświeżającym w pokoju. Szósty psiuka sprejem odświeżającym w łazience. A siódmy dowodzi całej akcji, dyryguje, zarządza. Gdy już każdy należycie wykonał swe zadanie, patrzą na mnie jeszcze przez chwilę, czy aby niczego mi więcej nie potrzeba. I jeszcze chwilę, aż w końcu na ratunek przychodzi Tomasz. Pomocnicy wychodzą.

To jak? Jedziecie na następne wakacje do Birmy? Ja osobiście, szczerze polecam!

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. padusia pisze:

    Birmańska współpraca wymiata! Nie wiem jak bym na taką sytuację zareagowała 😀 Chyba bym szybko wdarła się do pokoju i próbowała zatrzasnąć drzwi za sobą 😀

  2. Cos czuje, ze musze poczekac z jedzeniem! Magdalena Jurkowska Bogusz bardzo obrazowo przedstawilas Birmanczykow

  3. Trzeba jeszcze dodać, że Birmańczycy są mistrzami swiata w pakowaniu wszystkiego w foliowe woreczki, makaron, ryż, zupa, nawet napoje gazowane zapakują Ci w woreczek 🙂

  4. Dorota Strabel pisze:

    Magda masz rację, wspaniali skromni ludzie, a jakie wspomnienia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »