BKK-REP-VV, czyli podróżnik pełną gębą

Grudzień 4 | w Kambodża, Laos, Tajlandia | przez | 5 Comments

2013 09 17_z2strony_Bangkok_DSC_0217

Będąc w kilku już krajach azjatyckich i przyglądając się niektórym turystom, którzy na podróż mają własną teorię, doszłam do wniosku, że w Azji Płd. – Wsch. można by trochę dorobić na organizacji „Alkotuor” i sprzedawać to jak każdą inną wycieczkę do Azji. Bo jak tak patrzę na niektórych przybywających tu intelektualistów ze świata, to myślę sobie, że posiadanie w pakiecie „Alkotour” biurom turystycznym naprawdę mógłby się opłacać.

Alkoturysta zaczyna od Tajlandii, bo do Bangkoku najłatwiej o tanie połączenia, lotnicze promocje. Gdy już ma nocleg za 18-20 Bath w średnio przyjemnym hostelu, ale po co mu inny skoro i tak przez większość czasu będzie pijany, to na lekką zaprawę piwem Chang lub Leo udaje się na Khao San Rd. Tutaj może wstąpić do kilku night klubów czy disco. Ale to przecież żadna atrakcja, to wszyscy znamy. A może by tak poszerzył swoje horyzonty, w końcu w podróży jest, chciałby może trochę kultury liznąć, ze zwyczajami się zapoznać. Więc może by tak na ping-pong show? Podobno panie z białymi piłeczkami potrafią zdziałać cuda, a wystrzelone spomiędzy nóg lotki celnie trafiają w balony. Zatem przenosi się do Patpong i tam już pije do rana. A gdy słońce już prawie wschodzi piłując gębę, bo przecież po alkoholu jest panem tego świata, dowleka się do hotelu, by spać aż do zachodu słońca w ciszy i spokoju, bo przecież wszyscy inni poszli zwiedzać Grand Palace.

Kilka godzin w autokarze i już alkoturysta jest w nowym państwie. Welcome to Cambodia! Inny język, inni ludzie, inna architektura. To wszystko jest oczywiście ważne, ale czy ważniejsze od Street Pub w Siem Reap, gdzie piwo z kija kosztuje 50centów? Świateł i światełek jak w Las Vegas. Puby, restauracje, disco. No i to piwo z kija! Angkor Wat się nie umywa.

To może teraz Laos? A jak Laos to tylko Vang Vieng. A jak Vang Vieng, to koniecznie tubing. Szot na odwagę i spływa w dół rzeki na wielkiej oponie. Krajobraz piękny, oj piękny. Ale największego uroku dodają stojące co kilkaset metrów drewniane domki, bary, w których alkoturysta może zaopatrzyć się w kolejne procenty. I taki, „lekko” zakręcony, bo tych domków przy rzece dużo, a alkohol tani, wraca do VV. I co robi? Idzie do jaskini? Zobaczyć piękny wodospad? Poznać ludzi z pobliskiej wioski? Nie, pije dalej.

I nim się taki turysta obejrzy tydzień w egzotycznych krajach już za nim i czas do domu wracać. Ale kultury innej zasmakował, obyczaje poznał, ba, nawet kilka słów po laotańsku się nauczył, bo przecież „Lao Lao” (nazwa laotańskiego alkoholu), to jakby nie patrzeć, to przecież po laotańsku.

Po co ten wpis i lekko przerysowany alkoturysta? Bo często zastanawiałam się dlaczego tubylcy w turystycznych miejscach są chłodniejsi, mniej się do nas uśmiechają. A potem, będąc w Vang Vieng budząc się w środku nocy i słysząc pijackie, anglojęzyczne okrzyki za oknem, które trwały dobre trzy godziny, uświadomiłam sobie, że przecież istnieje kategoria turysty, który w dupie ma cały świat, bo liczy się tylko dobra zabawa. Do tego ten poranny obrazek – młody turysta, ledwo trzymał się na nogach, próbował nawiązać międzynarodową konwersację z dziewczynką idącą właśnie do szkoły. Nie mam nic przeciwko dobrej zabawie (życie byłoby bez niej ponure i smutne), nie mam nic przeciwko szotom (sama też nie jednego w życiu przechyliłam), a tubing to niezła zabawa (szczerze polecam), tylko czy przy okazji tego wszystkiego nie można by też szanować innych, tych, dla których nasze wakacyjne miejsce rozrywki, to dom?

Są ludzie, którzy potrafią docenić Angkor Wat, zamyślić się nad trudną historią Khmerów, a wieczorem świetnie się bawić w jednym z pubów, bez potrzeby piłowania gęby o drugiej w nocy na ulicach Bangkoku, Siem Reap, Vang Vieng. Czy nie mogliby wszyscy mieć tę świadomość, że odwiedzając inny kraj jesteśmy tak jakby gośćmi, a w gościach pasowałoby zachować choć odrobinę kultury.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Koralina pisze:

    Mam podobne odczucia obserwując czasem niektórych turystów. To nie zawsze chodzi tylko o alkohol, ale ogólnie o kulturalne zachowanie. Podejście „przyjechałem do innego kraju i mam trochę kasy, więc jestem Panem życia i wszystko mi wolno” to niestety nieposzanowanie innych, ich kultury i pracy. Szkoda, że nie wszyscy to rozumieją. Dobrze, że są tacy, którzy o tym głośno mówią Magda:)

  2. Sama gorzka prawda. Turystyka kulinarna nie jest zła, ale wszystko z umiarem i poszanowaniem kultury i ludności lokalnej 🙂

  3. A ja to sie czasami zastanawiam, czy lepiej isc na piwo czy skorzystac z atrakcji z Lonely Planet.

  4. Mam dokładnie takie same obserwacje z różnych miejsc świata, ale chyba najlepszy obraz tego, o czym piszecie, mam w Krakowie. Mieszkam przy samym Rynku i dzięki tym „turystom” marzę o wyprowadzce poza. Tak właśnie umierają centra miast. A uwierzcie mi, zdziwilibyście się jak martwy jest Kraków w samym centrum. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »