Kunming bez trzymanki

Styczeń 20 | w Chiny | przez | 4 Comments

2014 01 13_z2strony_Kunming_P1120404-2

Trzeba paszporty odebrać, bo dziś ma być w nich kolejna chińska wiza. Wsiadamy więc na nasze rowerki. Iść za daleko, autobusy ciężko rozszyfrować, a rowerkiem to i szybko i jak się okazuje ciekawie. Jazda bez trzymanki. W Kunming nie ma czegoś takiego jak zasady ruchu drogowego. Pierwszeństwo ma największy oraz ten z najgłośniejszym klaksonem. Nie ważne, że masz zielone światło, jeśli ten z prawej chce akurat wjechać na twój pas, to wjeżdża i to ty musisz się zatrzymać, zeskoczyć z roweru, wskoczyć na drzewo… Nie ważne, na drodze autobusu ma cię nie być, bo przecież jesteś tylko rowerzystą. Dźwięk klaksonu nigdy tu nie zanika, tylko w zależności od wielkości samochodu wkurza mniej lub bardziej. Stłuczki co krok, leżący skuter na drodze, sytuacja niezwykle tutaj oczywista. Co raz słychać wrzeszczących na siebie kierowców próbujących krzykiem udowodnić, że to otarcie na karoserii, to nie jego wina. Ani przez chwilę nie czuję się tu bezpiecznie. Strach w mych oczach z sekundy na sekundę robi się coraz większy.

O dziwo, bez szwanku docieramy do urzędu. Paszporty gotowe. Hurrrra, możemy w Chinach zostać 25 dni dłużej.

To teraz „na spokojnie” do Qiongzhu Temple jedziemy. Ale wcześniej może by tak śniadanie spożyć. A że pierożki właśnie mijamy, to cztery porcje zamawiamy. Tylko żeby było jasne, że trzy są dla Tomasza. Udaje nam się też dętkę kupić, co raduje nas niezmiernie, bo 700mm, to mało w tej części świata popularna sprawa. Jeszcze tylko pod górkę musimy podjechać, ale tym razem nie narzekam. Jest tak zimno, że tylko przymus pedałowania ratuje mnie przed zamarznięciem.

W świątyni cisza, spokój, dym z kadzidła. Niezwykle głośni na co dzień Chińczycy, tutaj potrafią zejść z tonu i nawet przez chwilę nie krzyczeć. Składają ręce do modlitwy, składają pokłony Buddzie, dosyć pulchnemu, zdrowo odżywionemu. Tutaj też można podziwiać chiński styl i architekturę. Te wygięte na końcach dachy i przepięknie zdobione drewniane belki. Te okrągłe przejścia prowadzące do kolejnych ołtarzy. I te gliniane rzeźby! Nie spuszczają z ciebie wzroku, gdy w niewielkim pomieszczeniu próbujesz ogarnąć ich ilość. Niby podobne, ale każda inną ma minę, jakby każda jedna miała zupełnie inną bajkę do opowiedzenia.

W drodze powrotnej znowu walka o życie. Znowu jakiś policjant wysłuchuje żali kierowcy, którego zarysowali. A ja znowu w strachu, że za chwilę ktoś we mnie wjedzie i narobi nam kłopotu.

Popołudniu idziemy do parku Cuihu.. Rzut beretem od naszego hostelu. Ale i na tym krótkim odcinku doświadczamy Kunmingu. Na zielonym, na pasach, jak to w cywilizowanym kraju mądrze wymyślili, przechodzimy przez ulicę, a rozpędzony samochód, chyba nie słyszał nigdy o takowych zwyczajach, bo nie ma najmniejszego zamiaru zwolnić. Mimo czerwonego światła, trąbi na nas byśmy się streszczali i z drogi mu jak najszybciej schodzili. My w lekkim szoku, chwila zawahania, czy uciekać przed siebie czy się cofać, czy może wyjść na czołowe, wyciągnąć kierowcę z auta i mu nakopać przez tyłek trochę zasad do głowy. A Chińczyk idący z nami ramię w ramię, zatrzymuje się bez najmniejszych emocji, stoi, czeka. Samochód przejeżdża, Chińczyk rusza dalej po pasach, na migającym już zielonym świetle. Jakże momentami cholernie ciężko zrozumieć mi tę Azję.

W parku natomiast jest niezwykle przyjemnie. Nie czuć tu dużego miasta. Nikt cię na pasach nie pogania, w twój cenny rower, który ma cię do Polski dowieść, nie wjeżdża. Jest to miejsce, gdzie strach z oczu schodzi i można nawet swobodnie poprzyglądać się miejscowym. Zjeść grillowane kalmary z patyka i takie jakby jabłuszka w czerwonym lukrze. Od przemiłego pana można dowiedzieć się, że w Kunming śnieg pada raz na 8 lat, a wtedy to wszystkie dzieci się odstraja i robi im się zdjęcie z białymi płatkami. Tak by wiedziały, że już kiedyś śnieg w życiu widziały. Gołębi dużo, łódeczki kolorowe, altanki w chińskim stylu. Chyba moje ulubione w Kunming miejsce.

A wieczorem, gdy do hostelu wracamy, wszystko się tu rozświetla. No dobra przyznam się, w Mc Donald’s byliśmy, ale i tam net nie jest na tyle dobry, żeby się dało na Skypie pogadać. Każdy jeden budynek świeci, jakby to był jakiś nakaz rządowy. Im więcej kolorów tym lepiej. Światła się kręcą, wirują, migają, śmigają z parteru na 30 piętro i z powrotem. Co prawda do Las Vegas im daleko, ale widać, że robią co tylko w ich mocy.

2014 01 13_z2strony_Kunming_page02
W Qiongzhu Temple.
2014 01 13_z2strony_Kunming_P1120356
W Qiongzhu Temple.
2014 01 13_z2strony_Kunming_page03
W Qiongzhu Temple.
2014 01 13_z2strony_Kunming_P1120385
W Qiongzhu Temple.
2014 01 13_z2strony_Kunming_page01
W Qiongzhu Temple.
2014 01 13_z2strony_Kunming_DSC_2597
W parku Cuihu.
2014 01 13_z2strony_Kunming_P1110318
W parku Cuihu.
2014 01 13_z2strony_Kunming_P1110304
W parku Cuihu.
2014 01 13_z2strony_Kunming_page04
W parku Cuihu.
2014 01 13_z2strony_Kunming_P1110336
W parku Cuihu.
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Zaczynam się bać. Lecę do Chin jesienią. O tych niepotrzebnych zielonych światłach już czytałam. Na szczęście ja taka bardziej samolotowa jestem 🙂 Roweru nie przeżyłabym. Pozdrawiam serdecznie !

  2. O Kochana! Taka toaleta w China to mocno ekstremalne przeżycie.

  3. Pam pisze:

    Magiczny klimat, który niezwykle odzwierciedlają zdjęcia. Pięknie i całkowicie wciągające w Waszą przygodę !

    Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »