Nigdy nie wiesz

Grudzień 29 | w Chiny | przez | 2 Comments

2013 12 31_z2strony_Chiny_IMG_20131229_204600

W podróży nawet, gdy dzień z pozoru wygląda na nudny, nigdy nie możesz być pewny, że taki właśnie będzie. Bo nie wiesz ile kapci złapiesz po drodze, czy drogi ci nie zablokują robotami, czy będziesz spał pod mostem, w śmierdzącym motelu, czy może w super wypasionym hotelu z wi-fi. Nie możesz też przewidzieć Justina, który zajdzie ci drogę w Yuanjiang, chińskim miasteczku pośrodku niczego.

Szliśmy w kierunku hotelu obżarci niemiłosiernie, bo jedzenie było wyjątkowo dobre, gdy tu nagle staną przed nami blondas z wielkim uśmiechem na twarzy i jeszcze większym zdziwieniem w oczach, co wy tu robicie? A, no my sobie tak jeździmy. A ja jestem amerykańskim doktorem pracującym w tutejszym, prywatnym szpitalu i z właścicielem tego szpitala jadę właśnie na kolację. Dołączycie do nas? Byliśmy mega najedzeni, ale jak tu nie skorzystać z takiej propozycji. W samochodzie był Mr Lee, właściciel szpitala, jego żona, my z Justinem i młoda Chinka Ling, tłumaczka.

Jak długo w Chinach – pyta Justin? Dopiero dwa tygodnie. A byliście już na kolacji z Chińczykami? Tej przyjemności jeszcze nie mieliśmy. I zaczęła się krótka instrukacja chińskiego savoir vivre. Pamiętajcie, że pierwsi nie siadacie do stołu. Czekacie, aż was ktoś usadzi, bo w zależności od tego jak ważnymi jesteście gośćmi, tak blisko pana Lee będziecie siedzieli. A, to, że jak wam coś nie smakuje, to na stół zrzucacie lub pod stół spluwacie wiecie? Śmieci pod stół też się wyrzuca i z tym co wam w buzi zalega też tak robicie. Palicie? Będą was nagminnie papierosami częstowali, składacie ręce jak do modlitwy, lekko się kłaniacie, mówicie „Sie, Sie” i nikt nie będzie urażony waszą odmową. W tym momencie pan Lee spluwa przez otwarte okno soczystego charcha. Ale to na pewno znacie? Tak, to akurat znamy.

Na kolacji było dokładnie tak jak opisał to Justin. Fajkami częstowali nas wszyscy obecni w lokalu, jedzenie walało się po stole i pod stołem, podobnie jak śmieci i charchi puszczane przez pana Lee średnio co 10 minut. Okazało się również, że ważnymi jesteśmy gośćmi, bo siedzieliśmy ramie w ramię z panem Lee. Był też chiński bimber, cholernie mocny i toasty średnio co 5 minut. Tyle, że w Chinach toasty wyglądają nieco inaczej niż u nas. Tutaj toast wznosi jedna osoba w kierunku innej osoby i tylko te osoby piją. Na stojąco. Ważne jest też by powiedzieć kilka słów przy toaście. Nas oczywiście najczęściej witano w Chinach, życzono nam udanej podróży i siły w nogach.

A po kolacji poszliśmy z Justinem i Ling do małej kawiarenki, gdzie spędziliśmy kolejnych kilka godzin na słuchaniu opowieści amerykańskiego doktora w chińskim szpitalu. Na moje stwierdzenie, że przyzwyczajony do amerykańskich standardów, chyba musi być mu tutaj ciężko, odpowiedź była krótka i zwięzła – „Fucking hard”.

Justin nie mówi po chińsku, dlatego Ling nie odstępuje go na krok. Ale nie tylko o tłumaczenie języka chodzi, ale także o chińską kulturę. Justin, amerykański chłopak, przyzwyczajony do serdecznego powitania, zapytania co słychać, jak tam twoja żona, czy syn już na studiach, jak ci w pracy idzie, chciałby i Chińczyka w ten sam sposób powitać. A Ling tłumacząc jego wywód pacjentowi mówi „Nihau”. Bo Chińczycy nie mają w naturze pytać o prywatne sprawy. Podobnie jak szef negocjuje z tobą roczny kontrakt na korytarzu przy całym personelu i innych pacjentach.

A gdybyście chcieli zobaczyć, co Justin pisał o dwóch Polakach ze śmiesznym akcentem, zajrzyjcie na jego bloga.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Gosia pisze:

    Pamietam nasze kolacje z Chinczykami byly fajki, toasty i obrotoy stol zastawiony jedzeniem. Nasz gospodarz pozwolil nam nawet wybrac z karty jedno danie reszte zamowil sam. Takie to byly czasy..tymczasem brzuch rosnie ale z innego powodu 🙂 Pozdrowienka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »