W wąwozie tygrysa, gdzie tylko kozy skaczą

Styczeń 27 | w Chiny | przez | 11 Comments

2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270018-2

Z Lijiang do Qiaotou udało nam się przyjechać w jeden dzień. Nie było ciężko, bo połowa trasy była praktycznie z górki. Nasz cel to Wąwóz Skaczącego Tygrysa. Ale bez obaw, nie zamierzamy tam wjeżdżać rowerem. Czas rozruszać inne mięśnie i dla odmiany trochę pochodzić.

Wstać musieliśmy dosyć wcześnie, bo do przejścia było 28km górą i jakieś 20km dołem, by wrócić na noc do Qiaotou. Początkowo trzymaliśmy się strzałek, które praktycznie co drzewo, wyznaczały kierunek szlaku. Ale potem pojawiła się wioska. I a to ten dom nam się spodobał, a to z tamtego pagórka lepiej tarasy widać było, a to w tamtej bramie kukurydza lepiej do zdjęcia zwisała. I nie wiedzieć kiedy szlak nam zginął. Tylko, że wtedy, to my jeszcze o tym żeśmy nie wiedzieli. Ścieżka była, pod górę się pięła, nawet jakieś zakręty były, o których wspominała mijana wcześniej tablica. I tak się mocno dziwiliśmy, jednocześnie radując, że jakoś turystów tutaj mało. Tak tu pięknie, a na ścieżce tylko my. Nawet sobie któreś z nas zażartowało, że turyści, to pewnie są na szlaku. Ale zrywaliśmy ze śmiechu boki. Tylko w pewnym momencie ścieżka nam się urwała, a trawa nagle urosła nam po sam pas. Przez tych 40 minut włażenia pod górę, żadne z nas nawet przez chwilę nie zdziwiło się, że jakoś strzałek czerwonych na drzewach zabrakło. Czy my naprawdę zawsze musimy się zgubić? Ale najgorsze jest to, że pomimo tego, że wiemy, że źle idziemy, brniemy dalej, bo nie lubimy się wracać. Najczęściej się udaje jakoś bokiem dojść do celu, ale co się na wkurzam, co sobie kostki chaszczami porysuję, to moje. W tym jednak wypadku, zachowaliśmy się jak dojrzali, dorośli ludzie i postanowiliśmy się wrócić.

Po dobrych 20 minutach schodzenia ujrzeliśmy czerwoną strzałkę. A gdy dodatkowo usłyszeliśmy śpiew Francuza w przekręconej na bok czapeczce z daszkiem, który na nasze „Hello”, odpowiedział oczywiście „Bonjour”, byliśmy pewni, że tym razem jesteśmy na szlaku.

Szlak wił się lekko pod górę, ale przejście go zdecydowanie należy do tych łatwiejszych wyczynów. I chociaż przed 28 zakrętem pociekła mi kropla potu po grzbiecie, a Francuz przestał śpiewać już po 14, to jednak raczej jest to niedzielny spacer niż poważna trasa górska.

Jak to na góry przystało, tak i tym razem oczarowały nas swoim urokiem. Ośnieżone szczyty wychylały się zza mniejszych górek, które otaczały nas przez całą drogę. Po prawej śnieżne góry Yulong, po lewej Haba, a w dole nienaturalnie zielona rzeka Jangcy. Czy oni coś do niej dosypali? Aż trudno uwierzyć, że to jej naturalny kolor.

W porze lunchu dotarliśmy do Tea Horse House. Po minucie spędzonej na dachu hotelu żałowałam, że nie możemy zostać tu na noc i obudzić się rano, by podziwiać szczyty oblane pomarańczowymi promieniami wschodzącego słońca. Niestety, wiza za krótka, w południowych Chinach też chcemy popedałować, trzeba się streszczać.

Potem to już było płasko i z górki. Kolejne wioski gdzieś poniżej, tarasy i nawet dwie Chinki w maseczkach na nosie się po drodze trafiły. No tak, bo w górach takie zanieczyszczenie, tyle zarazków, choroby różne. Lepiej mieć na ustach Pikachu, który ochroni cię przed tym wszystkim.

Potem przyszła kolej na kozy, które zastawiły nam drogę. Gapiły się i ani myślały nam ustąpić. Ja tam z takimi wolę nie zadzierać, bo niby to niewielkie stworzenie, ale rogi ma i oczy jakieś takie rozbiegane. Cholera go wie, co za szatan w takiej siedzi. Przytuliłam się do ściany i boczkiem, boczkiem wyminęłam meczące zwierzaki.

20 km z powrotem po asfalcie… nikła przyjemność, zwłaszcza gdy ma się już za sobą 28 przebytych w górach. Ale od czego jest autostop. I tym o to właśnie sposobem Tomasz zdążył mi nawet na kolację ziemniaczki przyrządzić. W jednej z miejscowych restauracji poszedł do kuchni i powiedział pani, przez tłumacza z telefonu oczywiście, że on to by chciał ziemniaki, ale takie po polsku. Pani mu z drogi zeszła, udostępniając tym samym kuchnię. Trochę mu pomagała w gotowaniu, bo obrane już były, potem w podsmażaniu. Dziwiła się kobieta jak można tyle zjeść ziemniaków na raz i to bez ryżu. Próbowaliśmy wytłumaczyć, że my z Polski jesteśmy, ze wschodniej tak dokładnie, i że dla nas nie ma nic lepszego jak ugotowany i posolony kartofelek.

2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270020
Tarasy, których widok nigdy nam się nie znudzi.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270047
Jabłuszko można po drodze od pani kupić
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270096
W dole nienaturalnie zielona rzeka Jangcy
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270091
Po prawej śnieżne góry Yulong, po lewej Haba.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270088
Na krawędzi.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270075
W porze lunchu dotarliśmy do Tea Horse House.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270049
Na trasie spotkaliśmy zaledwie kilku turystów.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270056
Chyba nigdzie nie czujemy się tak dobrze jak w górach.
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_P1270063
Mina z serii – A mogę już zjeść Snickersa?
2014 01 27_z2strony_Wawoz Skaczacego Tygrysa_page01
Przytuliłam się do ściany i boczkiem, boczkiem wyminęłam meczące zwierzaki.
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Cudowne miejsce! Serce bije szybciej, gdy się czyta i ogłada zdjęcia z takim pięknych miejsc.
    ~Bartek

  2. Piękne… Tylko te kilometry. Umarłabym na 5 zakręcie. Chociaż nie. Zgubiłabym się na drugim więc do piątego nie doszłabym. Jest nadzieja. … Ale pięknie jest ! Pozdrawiam 🙂

  3. Haha Marcin ma zdjęcie dokładnie na tym zakręcie co Magda!
    A tak poza tym to chyba musicie być już nieźle zaprawieni po tych rowerach, bo ja na 28-miu zaketach umierałam. Liczyłam sobie 1,2,3…8,9 i tak co 10 się zatrzymywałam 😛
    CO do wizy, to nie mogliście sobie przedłużyć w ShangriLa? Nam zajęło to pół godziny…

    • Magda i Tomek pisze:

      Pewnie te przepedałowane górki w Laosie i Junanie zrobiły swoje:) A co do wizy, to niestety tylko raz mogliśmy przedłużyć…:( co zrobiliśmy w Kunming i tez oczywiście bez sensu, bo kazali nam czekać 10 dni. Nie polecimy nikomu tego miejsca do przedłużania. A teraz już z Guilin pozdrawiamy:)

  4. Pietia pisze:

    Cudownie tak z Wami podrozowac, chocby tylko oczyma po ekranie kompa…Zdjecia przepiekne!!!!

  5. Mnie sie tez tam bardzo podobalo, ale Yangcy byla zolto-brazowa!

  6. whygoback pisze:

    No dobra.. myślałam, że do Chin mi się nie śpieszy, ale dziś zmieniłam zdanie 🙂 Piękne zdjęcia!

  7. Magda pisze:

    Hej,
    gratuluje ciekawej podróży!:)

    Mam pytanie odnośnie trasy. Czytałam, że w wąwozie skaczącego tygrysa są 2 niebezpieczne miejsca. Jedno to drabinka, którą da się obejść – ale jak? – są jakieś znaki? A drugie to jakieś wąskie przejście, które ma 30-40 cm… Czy to prawda?

    Chodzę głownie po tatrach, więc góry mi niestraszne, ale jednak te są zupełnie nieznane i nie wiadomo komu wierzyć. Wybieram się tam w drugiej połowie marca. Moglibyście rozwiać moje wątpliwości?:)

    Pozdrawiam:)

    • Magda i Tomek pisze:

      Magda, my się do drabinek nie wybieraliśmy, bo nie schodziliśmy do rzeki. Sam treking w wąwozie był łatwy i piękny, więc nie spodziewalibyśmy się, że jest jakoś wybitnie ciężko w dole rzeki. Treking jest dla każdego! Łatwy i przyjemny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »