Gdzieś pomiędzy

Marzec 28 | w Nepal | przez | 10 Comments

2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5422-2

To była magia. To był czad. To było coś, czego nigdy wcześniej nie przeżyliśmy. Ale od początku!

Zacznijmy od trasy. Po przedarciu się z Katmandu do Pokhary znienawidziłam jazdę rowerem po Nepalu. Tak, znienawidziłam. Nie tyle samą czynność, ale warunki, w jakich musieliśmy tę czynność wykonywać. Najniebezpieczniejszy odcinek jaki mieliśmy okazję doświadczyć. Wąska droga, kierowcy zajeżdżający drogę i spychający do rowu, trąbiący, pędzący… to były najgorsze trzy rowerowe dni w moim życiu. Po tym okropnym, brutalnym i miażdżącym kawałku drogi odechciało mi się po Nepalu pedałować. Ale jak to my, chwilę odpoczęliśmy w górach i znowu nas ciągnęło na siodełka.

Tylko gdzieby tu pojechać?

Wybraliśmy Lumbini, tak żeby płaskości zobaczyć i oczywiście miejsce gdzie na świat przyszedł Budda. I chociaż droga z Pokhary do Lumbini była łatwa, przyjemna i o dziwo mało uczęszczana, to wracać tą samą drogą do Pokhary nam się nie chciało.

Co więc zrobiliśmy? Wyznaczyliśmy drogę przez góry. Problem był tylko jeden, momentami żółta kreska, oznaczająca na gps drogę, znikała. Jakoś tak się urywała i jej nie było. Ale od czego jest wujek Google! Ale i on nie potrafił nam wyznaczyć pełnej ścieżki. Każdy normalny, myślący człowiek powie – bo może tam drogi po prostu nie ma. Ale jak żeśmy zoomowali grafikę, to jakaś piaszczysta droga była. I to wystarczyło byśmy w ciemno pojechali na wschód, przez góry do Pokhary. Nie mieliśmy pojęcia ile przed nami kilometrów, ani jaka będzie droga, bo przecież teoretycznie drogi tam nie ma.

Już po pierwszym dniu kiedy do małego sklepiku, gdzie zatrzymaliśmy się by kupić wodę, zbiegło się pół wioski z aparatami by nas sfotografować, wiedzieliśmy, że czeka nas niezwykła przygoda. I tak też było w rzeczy samej.

Przez 5 dni czuliśmy się jak ufoludki z innej planety. Przejeżdżając przez wioskę ludzie w niej mieszkający zamierali, wytrzeszczali oczy, lekko rozchylali usta i się na nas gapili. Nie ważne czy właśnie zamiatali, tłukli młotem kamienie, jedli… zamierali bez ruchu, a na ich twarzach pojawiało się zdziwienie, ale też niedowierzanie. Po chwili dopiero, gdy już z braku tlenu musieli znowu wciągnąć powietrze, odmachiwali serdecznie, witali się z nami.

Kobiety wybiegały z domów ze swoimi pociechami na rękach, żebyśmy je zobaczyli i oczywiście sfotografowali. Tak, te 5 dni, to był raj fotograficzny. Każdy, do kogo podeszliśmy ze szkiełkiem nie tylko był chętny, ale wręcz dumny, że to właśnie jego chcemy sfotografować. Nauczeni doświadczeniem z miejsc różnych, że ludzie nie zawsze lubią być atakowani aparatem początkowo się krępowaliśmy, ale gdy odkryliśmy, że w tych rejonach nieskażonych turystami zdjęcie to coś w rodzaju wyróżnienia, trzaskaliśmy, a raczej Tomasz trzaskał, portrety bez opamiętania.

A próbowaliście jeść kiedyś podczas wlepionych w Was 30 par oczu? My tak mieliśmy przez tych 5 dni. Co posiłek zbiegało się do nas pół wioski i obserwowali każdy jeden nasz ruch. Każde zatopienie łyżki w ryżu, potem jej ruch w kierunku ust i każdy ruch żuchwy.

Gdy spoceni docieraliśmy do wioskowego sklepu od razu częstowano nas wodą, napełniano nam bidony. Zawsze znalazł się ktoś, kto po angielsku mówił choć kilka słów, więc i krótkie pogawędki były możliwe.

Ludzi spotkaliśmy przeróżnych. Był pan pijany jak bela, który bardzo mocno chciał nas na obiad zaprosić, ale że ledwo na nogach stał, to delikatnie odmówiliśmy. Była tez pani, która Tomaszowi oferowała się jako żona. Ale jak spojrzała na moje uszy bez złotych kolczyków, kazała palce pokazać, a tam też złotych pierścionków brak, to spojrzała się na tego mojego męża z politowaniem i chyba stwierdziła, że jednak słaba z niego partia. Odpuściła. Był też mały chłopiec, który towarzyszył nam przez kilka godzin. Odsyłaliśmy go co jakiś czas do domu, mówiąc, ze już wracać musi, że za daleko jest od domu, ale on słuchać nie chciał. Gdy tylko na chwilę gubiliśmy go na zjeździe, on za chwilę pojawiał się na naszej drodze. Przebiegał przez polany, na skróty. To było zabawne przez pierwsze dwie godziny, potem jednak, gdy mały nie miał zamiaru nas zostawić, zaczęliśmy się o niego martwić. Nawet ludzie z innych wiosek mówili mu by wracał, a on słuchać nie chciał. Buta porwał i na bosaka biegł. Dopiero na bardzo stromym zjeździe zostawiliśmy malca na tyłach, tak, że już nie mógł do nas dobiec.

Krzyczeli za nami „americanos, cycle, cycle, tourist”. Witali serdecznymi uśmiechali. Na tej trasie było tak miło, tak pięknie, tak sielankowo, że aż chciałoby się pomieszkać chwilę. Nikt nie chce zrobić na tobie interesu, nikt nie próbuje sprzedać ci kolejnej wycieczki, nie proponuje brata przewodnika, guest house swojego kolegi. Zwykła, naturalna życzliwość ludzka przesiąknięta bezinteresownością.

Ale były też momenty dziwne. Bo wyobraźcie sobie, że rozbijamy się przy rzece. Gdzieś w krzakach, domków nie ma, sama natura i my z namiotem w niej schowani. Rano wstaję, idę do toalety pod krzaczek kilka metrów dalej. Potem wracam po szczoteczkę i idę do rzeki żeby zęby umyć. I nagle w tych krzakach napotykam parę oczu. Jakby nieruchomych, podobnie jak cała sylwetka młodego chłopaczka. Patrzy na mnie jak na kosmitę. Ja do niego macham, krzyczę Namaste, a ten stoi dalej jak wryty, nieruchomy, jakby niedowierzał oczom własnym. Po czym ucieka i staje dalej. Jakby chciał zachować bezpieczniejsza odległość od stojącej przed nim zjawy.

Nie tylko on uciekał. Niektóre dzieci też do rowu wiały, a my z przerażeniem patrzyliśmy, żeby tylko sobie nóżek nie poskręcały. Nastoletnie dziewczyny w szkolnych mundurkach też cofały się na widok przybyszów z obcej planety.

Ciekawe to było, niezwykle doświadczenie. Ale Ci ludzie nie są zacofani, absolutnie nie. Bo ci odważniejsi, co angielski znali, to od razu o facebook’a pytali.

A co z ta drogą? Była czy nie była? Była, ale tak makabryczna, że myślałam że się poryczę. Tak stroma, po kamieniach, rower dęba stawał, tylne koło się ślizgało, przednie w górę szybowało. Początkowo zabawa, potem mordęga. Były odcinki gdzie tylko wielkie traktory jeździły. No i my. Może też dlatego ludzie tak dziwnie się na nas patrzyli. Często droga się rwała, bo rzeka płynęła, a mostu brak. Hardkor był bezlitosny, tak w kość nigdy nie dostałam. Ale za to śmiało mogę powiedzieć, że wiem jak wygląda prawdziwy Nepal. Chociaż to tylko namiastka, ale jednak. A tym, którzy narzekają na tłok w podróży, to zapraszam w te rejony, pomiędzy płaskością, a wysokimi górami. Tylko daleko od asfaltowej drogi. Napocić się trzeba i to bardzo, ale można też doświadczyć prawdziwości, o którą czasami trudno w komercyjnych miejscach.

z2strony.pl
To tutaj Pani w sklepie zapytała, czy nie moglibyśmy jej zrobić zdjęcia i to tutaj zaczęło się fotograficzne szaleństwo.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240276.jpg
Sklep skrojony na miarę.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240265.jp
Z obornikiem na plecach.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5389
Z sianem na plecach.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5397
Dzieci też tutaj naprawdę dużo dźwigają.
z2strony.pl
Teraz kolej na nasze pozowanie.
z2strony.pl
W wiosce Pali.
z2strony.pl
Rodzice wynosili z domów swoje pociechy tylko po to żeby i im zrobić zdjęcie.
z2strony.pl
Nasz nocleg przy rzece.
z2strony.pl
Poranna mgła.
z2strony.pl
Magdy ulubione kawałki trasy.
z2strony.pl
Pasażer na gapę.
z2strony.pl
Przerwa na obiad.
z2strony.pl
Przerwa na obiad.
z2strony.pl
Tradycyjna wioska.
z2strony.pl
W polu.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240281.jpg
Radość rowerowego podróżowania.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240245.jpg
Po tej drodze, której nie ma na mapie daja radę tylko jeepy… i oczywiście my:)
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240259.jpg
Wyplatanie kosza.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240197.jpg
Portret z drogi.
2014-02-06_z2strony_Guilin_P3240225.jpg
U krawca.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5461
Z każdej wioski odprowadzała nas chmara biegnących dzieciaków.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5483
Super fryz.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5496
Mokra nóżka.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5366
Tak wyglądało każde kupowanie ciastek na trasie.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5369
I te uśmiechy, spojrzenia…
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5414
Autorka najlepszych somosów na trasie.
2014 02 06_z2strony_Guilin_DSC_5352
Most linowy, zbyt wąski żeby Magda odwarzyła się nim jechać.
2014-03-24_z2strony_Z-drogi_P3250322-kopia.jpg
W tych dniach na naszym rowerowym liczniku stuknęło już 5000 km.
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Pozdrowienia z tajskiego Songkran-u! Szczęśliwego:)

  2. Magda pisze:

    Piękna przygoda i jak czytam to aż mnie ściska, żeby gdzieś pojechać 🙂 Bawcie się dobrze!
    Będziecie w PL w listopadzie/grudniu?

  3. Magdalena Kamińska via Facebook pisze:

    a czytacie wiadomosci, ktore sie do Was pisze na fb? 🙂 bo moja chyba jest caly czas nie odczytana. na koncie z2strony 🙂

  4. gdzie google nie może, z2strony pośle ;D !!!!!!!!! 🙂

  5. Horeca pisze:

    5000km? Robi wrażenie… Ale co najbardziej mnie zaciekawiło to ta życzliwość i optymizm bijący od lokalnych mieszkańców. Faktycznie są tacy mili na jakich wyglądają?

    • Magda i Tomek pisze:

      Ci, których spotkaliśmy na tej trasie faktycznie nie mają sobie równych. Ale to tez nie jest tak, że w całym Nepalu ludzie są tacy przeboscy. Są też miejsca, gdzie mięliśmy ich naprawdę dosyć i o tym też niedługo napiszemy.

  6. kanoklik pisze:

    Jak patrzę na Wasze zdjęcia to chcę znów do Nepalu. Cudowne miejsce i fantastyczni ludzie.

    • Magda i Tomek pisze:

      Nepal, Himalaje cudowne. Ludzie… no cóż, na pierwszy rzut oka super, po 2 miesiącach przyglądania się im bliżej… niedługo o tym napiszemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »