Khmerski off road

Listopad 9 | w Kambodża | przez | 4 Comments

z2strony_phone_20131109_084046-2

Już na samej granicy Tajlandia – Kambodża widać zdecydowaną różnicę. Niestety znowu widać biedę. W Tajlandii tego się nie czuje, tutaj nie ma śmieci na ulicach, samochodów nowych dużo, domy i ogródki zadbane, kobiety dobrze ubrane. Na tym krótkim odcinku, gdzie kończy się Tajlandia i jeszcze nie całkiem zaczyna się Kambodża, wszystko się miesza. Między Lexusami prowadzonymi przez szykownych Tajów przedzierają się drewniane, ogromne wózki pchane przez ludzi w obdartych ubraniach. Gdzieś z boku stoi młoda dziewczyna z najnowszym iphonem, a obok niej przejeżdża człowiek, który pedałuje rękami, bo nie ma nóg.

Im dalej wjeżdżaliśmy w Kambodżę, tym więcej zgiełku, hałasu i klaksonów. Ten dźwięk klaksonów towarzyszył nam nieustannie. Tutaj każdy trąbi. Tutaj każdy wyprzedza na czwartego, dziesiątego, piętnastego. Najważniejsze jest by głośno trąbić i jechać jak najszybciej. Nie liczy się bezpieczeństwo na drodze, tylko prędkość, bo ten kto szybciej jedzie ma pierwszeństwo. Dla nas, rowerzystów, to istna męka. Ciągle słyszeć to biiiiiipiiiiiiibiiiiipiiiiii, a potem widzieć, jak traktor o mało w ciebie nie wjeżdża, bo robi miejsce wyprzedzającemu go skuterkowi, którego właśnie bierze jakaś osobówka. I teraz tak, traktor trąbi na nas, skuter na traktor, a osobówka na skuter. Można się pochlastać.

Jednak gdy na chwilę, chociaż to bardzo krótkie są chwile, ucichną klaksony, słyszymy dzieciaki krzyczące do nas Hello, Bye, ‘Susdej’ . często nawet nie widać tych maluchów, tylko słychać jak się drą w niebogłosy w naszym kierunku. Co odważniejsze podbiegają do ulicy i nam machają przy okazji obdarzając wielkim, radosnym uśmiechem. Zresztą nie tylko dzieciaki. Ale prawo klaksonu rządzące na głównej ulicy jest na tyle upierdliwe, że gdy tylko była taka możliwość zjechaliśmy na off road.

I tutaj dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa.

Po 20km w kurzu, po dziurach, wertepach, między kałużami i zwierzęcymi odchodami zatrzymaliśmy się w sklepiku by czegoś się napić. Jak to zawsze bywa w tej części świata, a szczególnie w miejscach takich jak to, gdzie biała twarz to prawie jak kosmita, zebrała się gromadka, by nas pooglądać, sakwy obadać, zatrąbić naszą trąbką. Zebrani ludzie z wioski próbowali coś nam powiedzieć, ale my po khmersku ni w ząb, a oni ni w ząb po angielsku. Zaczęły się więc kalambury. Wyszło na to, że mamy się zawrócić, bo za chwilę skończy się droga. A my uparcie pokazujemy, że na GPSie jest przecież droga. A oni na to, że tak, ale wodą zalana. A łódką się zalanego kawałka nie da? A łódką, to tak,  podobno można. Ulżyło nam, bo wcale nie uśmiechało nam się wracać 20km do głównej drogi, mielibyśmy w plecy 40km, czyli jakieś pół dnia.

I faktycznie, nie kłamali, bo za parę kilometrów siedzieliśmy już w łodzi razem z rowerami i płynęliśmy w kierunku niezalanego kawałka drogi. Ciągle jeszcze był fun, a bo to coś nowego, taka przygoda, nowe doświadczenia. Mina nam natomiast lekko zrzedła, gdy już przeprawieni i gotowi do dalszego pedałowania, przejechaliśmy kawałek, a tam znowu droga się urwała. Ale nadzieja była, bo znad przeciwka jechał traktor, jak jemu się uda, to i nam. I tak żeśmy brnęli dalej, a im dalej tym więcej wody, tym trudniej było jechać. Wody na naszej trasie było tyle, że łódki bez problemu przeprawiały się w poprzek drogi. To nie wyglądało dobrze. Początkowo zdejmowaliśmy buty, żeby się nie zamoczyły, ale po pewnym czasie nie miało i to większego sensu. Tomasz przekonywał mnie, że za mostem droga powinna być już lepsza. Nawet sprzedał mi kilka argumentów za, że na GPsie kreska jest dużo grubsza, więc pewnie będzie lepiej.

Nie miałam za dużo siły, bo od trzech dni nic nie jadłam. Zatrułam się wodą i jedzenie rosło mi w ustach. Te wszystkie błota i strumyki na naszej drodze, do tego skwar i palące słońce nie pomagały. Tym bardziej nie mogłam się mostu doczekać. A gdy do niego w końcu dojechaliśmy miałam ochotę podejść do mojego wszystko wiedzącego męża i sprzedać mu strzała między oczy. Wiedziałam, że to nie jego wina, że przecież nie mógł wiedzieć, że od kiedy Pol Pot wysadził most została tu tylko dziura. Wielka, ogromna, a w dole rzeka. Tylko po cholerę z taką pewnością w głosie przekonywał mnie, że będzie lepiej? Byłam zmęczona, ale przede wszystkim wściekła. Normalnie w takich sytuacjach wytrząsam się w plener, obrażając wszystkich po kolei, włącznie z moim mężem. Ale tym razem, chyba głównie z braku siły, siedziałam cicho i tłumaczyłam sobie, że to przecież był mój wybór, że nikt mnie siłą na rower nie wsadził i że za kilka lat będę o tym wspominała z wielkim uśmiechem.

Musieliśmy się zawrócić. Jak ja tego nie lubię. Ale całe szczęście tylko kilka kilometrów. Odbiliśmy w bok, ale i tak musieliśmy wcześniej zdjąć gacie i przepłynąć na drugą stronę. Tak, dosłownie przepłynąć, bo wody mieliśmy po pas. Całe szczęście, że sakwy pełne powietrza utrzymywały rower na wodzie, była pewność, że elektronika będzie cała.

W końcu dojechaliśmy do głównej drogi. Do celu pozostało 15km, co 3km musiałam przystawać, chociaż na chwilę i łapać oddech. Taka przeprawa na trzydniowym głodzie, nie jest łatwa. Jechałam pierwsza dyktując żółwie tempo i modląc się byśmy już byli na miejscu. Nagle usłyszałam warkot silnika i kogoś krzyczącego po khmersku. Lekko odwróciłam głowę myśląc, że pewnie ktoś chce się przywitać. Młody chłopaczek coś zaczął mi pokazywać, jakaś dziwna gestykulacja, z której zrozumiałam „dosiądź się do mnie”. Odpuściłam, pomyślałam, że już ze zmęczenia zaczynam widzieć dziwne rzeczy. Ale słyszę Tomasza „Złap się”, odwracam głowę i widzę, że trzyma się ciągniętej przez traktor przyczepki. Nie wierzyłam we własne szczęście. Przyczepki puściłam się dopiero przy hostelu.

z2strony_phone_20131110_082633
Nie tylko my byliśmy po kolana w wodzie.
z2strony_phone_20131109_101044
Zaczęło się niewinnie, buty jeszcze suche.
z2strony_phone_20131109_085556
Dalej juz nie pojedziemy.
z2strony_phone_20131109_085736
Przeprawa łódką.
2013 12 02_z2strony_Rowery_PB090034
Przeprawa łódką.
z2strony_phone_20131109_091943
Mijamy rybaka.
z2strony_phone_20131109_092507
Dalej miało być już sucho.
z2strony_phone_20131109_094818
Ale sucho nie było.
z2strony_phone_20131109_094938
Traktor dał radę.
z2strony_phone_20131109_105240
Gdy łódka przepływa w poprzek drogi to znak, że trzeba zawrócić.
z2strony_phone_20131109_104053
Tutaj kiedys był most.
z2strony_phone_20131109_112949
Nasz niezatapialny rower.
z2strony_phone_20131109_111628
Nasz niezatapialny rower.
z2strony_phone_20131109_145918
Wyoffroadowana Magda.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Magda za taką kąpiel błotną w polskim SPA zapłaciła byś parę pln a tak masz za darmo i w nie ograniczonej ilości!

  2. Magdalena pisze:

    Madziula, mega dzielna jesteś. Podziwiam!

  3. I dlatego własnie co jakiś czas mąż mnie zabiera na off road, przyoszczędzić chce 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »