U wodza na obiedzie

Czerwiec 21 | w baner, Fidżi, Pacyfik | przez | 7 Comments

Zielony autobus z zieloną plandeką zamiast szyb w oknach, co chwila przystawał, zwalniał, znowu przyśpieszał. Droga piaszczysta i wąska wije się między gęstym lasem drzew tropikalnych. W oczy szczypał piach, w nosie kręcił kurz, a hinduski kierowca cisnął ile tylko mógł. Wysiadła matka z dzieckiem na ramieniu, za nią mężczyzna z ukulele i maczetą w ręku. Wsiadła uczennica z plecakiem w szkolnym mundurku. W tym zielonym autobusie siedzieliśmy i my. Dwa śmietankowe turysty, między czekoladowymi lokalesami. Te dwa białe turysty jechały zobaczyć tutejszą wieś. Jechały w głąb wyspy Vanua Levu, by na własnej skórze doświadczyć i przekonać się, co znaczy fidżyjska gościnność.

Farmerzy mają tu niezłego speed’a

Ostatni przystanek. Dalej, między gąszczem zieleni, drogi dla autobusu już nie ma. I co dalej? W którą pójść stronę? Gdzie idziecie? – pyta nas po angielsku jakiś mężczyzna. Angielski, pozostałość po panujących tu przez prawie 100 lat Brytyjczykach, podobnie jak lewostronny ruch, czy sprowadzeni do niewolniczej pracy Hindusi. Chcemy dostać się do Dakuniba – odpowiadamy. Mężczyzna krzyknął coś w niezrozumiałym dla nas języku do młodego chłopaczka. On idzie w waszą stronę, zajmie się wami. Z całych sił staraliśmy się dotrzymać kroku Benowi, naszemu dwudziestoletniemu przewodnikowi, ale ten zapindalał, jakby miał zamontowany motorek między pośladkami.

– Czym się zajmujesz  w wiosce?- zdyszana pytam Bena.

– Jestem farmerem – na koszulce podobizna Boba Marley’a, na ręku makramka w kolorach rasta, na głowie dredy, na plecaku wyszyte „Reggae” . Aż korciło, żeby zapytać:

– A co uprawiasz?

– Głównie kokosy.

– A już myślałam, że poszedłeś bardziej w zioła – farmer jednak nie zareagował.

Do Nawi, wioski Bena było jeszcze jakieś 2 godziny drogi, do Dakuniba jakieś 6. Tylko, że to czas naszego przewodnika, nam zejdzie się dwa razy dłużej. Nie wytrzymaliśmy tempa Bena. Poprosiliśmy go by wskazał nam drogę i powiedzieliśmy, że sami damy radę. Upewniał się kilka razy, widać było, że ma spore opory, żeby nas zostawić samych. Ale przecież droga prosta, zgubić się nie zgubimy, a bez niego jest większa szansa, że nie wypluję płuc, nie umrę na zadyszkę, nie utopię się we własnym pocie.  

Wiejska etykieta

Mini spódniczka, przykrótkie spodenki, kapelusz na głowie, okulary na nosie, tak nie wypada pokazać się na wsi. Gdy zbliżyliśmy się do Nawi Tomasz wskoczył w zakupione dzień wcześniej sulu, męską spódnicę. Żeby chiefowi wioski okazać należyty szacunek oraz zbratać sobie jej mieszkańców najlepiej ubrać właśnie sulu. Do wioski nie można pójść z pustymi rękami, dlatego w plecaku oprócz śpiworka, namiotu i kilku zupek chińskich mieliśmy także dary, których wymaga tradycja – sevusevu, czyli yagona. To korzenie kavy były naszą przepustką. Warto też zapamiętać, że Bula, to znaczy witam, a Vinaka, dziękuję, bo chociaż wszyscy mówią tu po angielsku, tymi dwoma fidżyjskimi słowami zaskarbimy sobie przychylność mieszkańców.

Witani w progu

Przy pierwszej chałupie, chatce, sama nie wiem jak to nazwać, coś na kształt domu, stał chłopak z dwoma arbuzami. Gdy tylko nas zobaczył przeciął arbuzy na pół i dał nam po kawałku. Scenka prawie jak z Biblii, głodnego nakarmić, spragnionych napoić. Gadka szmatka, a skąd jesteście, a jak długo na Fidżi, a gdzie idziecie? Wyjaśniliśmy, że planowaliśmy dojść do Dakuniba, ale że chyba przed zmrokiem nam się nie uda. Chcecie zostać w naszej wiosce? – zapytał chłopak z wielkim uśmiechem. To był taki szczery, niewymuszony grymas na twarzy, który od razu nam się udzielił. We trójkę poszliśmy do chiefa. Przed nami stanął zgarbiony staruszek z wielkim wąsem i łysinką. Do złudzenia przypominał Gandhiego. Staruszek niezwykle serdeczny i miły, przedstawił się jako Joseph. My, zgodnie z tradycją, wręczyliśmy korzenie kavy i zapytaliśmy czy moglibyśmy zostać w wiosce na noc. W domu Josepha nie było mebli. Na ścianach wisiały zdjęcia, jakieś dyplomy, w oknach powiewały zasłony w różowo – czerwone kwiaty. Usiedliśmy na macie po turecku. Czekaliśmy chwilkę na Josepha, który zniknął w drugim pomieszczeniu. Pojawił się chwilę później w grafitowym sulu. Poczuliśmy się wyjątkowo, bo wiedzieliśmy, że sulu zakłada się tu na szczególne okazje. Byliśmy lekko zestresowani, może nie zestresowani, czuliśmy się lekko niepewnie, bo wiedzieliśmy, że na fidżyjskiej wiosce panuje wiele zasad, tradycji, których należy przestrzegać, ale ich nie znaliśmy. Coś tam słyszeliśmy, żeby niżej trzymać głowę niż chief i wstawać gdy on wstaje, żeby zawsze siedzieć ze skrzyżowanymi nogami, żeby nie odmawiać gdy jesteśmy czymś częstowani. Coś tam przeczytaliśmy, coś tam usłyszeliśmy, ale to nigdy człowiek nie wie, czy może na chwilę wyprostować tą odrętwiałą i sztywną jak drewno nogę, bo nie przyzwyczajony w takim zgięciu tyle czasu siedzieć, czy może lepiej nie, bo kogoś może urazić. Joseph co jakiś czas uderzając jedną dłonią o drugą zaczął odmawiać tradycyjną formułę, najpierw po fidżyjsku, a potem wszystko nam przetłumaczył. Dziękował za sevusevu, które mu podarowaliśmy, prosił o zdrowie dla swych gości oraz szczęście na szlaku w dalszej podróży. Teraz już oficjalnie zostaliśmy przyjęci do wioski. Teraz już mogliśmy chodzić, gdzie tylko chcieliśmy, rozmawiać z kim tylko chcieliśmy oraz robić zdjęcia, ile tylko chcieliśmy.

Zapoznawanka

Joseph oprowadził nas po całej wiosce. Pokazał plażę i tratwy, którymi wypływają na połów. Wielki, drewniany bęben stojący przed kościołem, na dźwięk, którego wszyscy zbierają się na wspólną modlitwę. Boisko, na którym właśnie chłopaki z wioski grali w rugby. Szkołę podstawową oraz internat dla dzieci z innych wiosek, w którym poza trzema piętrowymi łóżkami, nie było nic. Za to dzieci miały prysznic z czego Joseph był bardzo dumny. Tak jak z tego, że kilka lat temu udało im się doprowadzić do wioski wodę. Prądu jeszcze nie mają. Chodziliśmy między domkami, zapoznawaliśmy się z mieszkańcami. Każdy witał nas z uśmiechem, wyciągał rękę na powitanie, każdy zapraszał, gdybyśmy chcieli dłużej porozmawiać. Ich domki były bardzo skromne, niektóre drewniane, niektóre z falistej blachy, a niektórych ściany plecione były z liści palmy. Nikt nie miał kanapy, krzesła, stołu. Wszyscy siedzieli na podłodze, na matach, które sami robią. Ktoś właśnie wrócił z połowu ryb, ktoś obierał kasawę i wrzucał do wielkiego gara. I tak sobie chodziliśmy od sąsiada do sąsiada, od domu do domu. To co najbardziej rzucało się w oczy, to wszechobecna czystość. Między tymi wszystkimi chatkami, czasami rozwalającymi się szopkami, nie było ani jednego śmiecia czy porozrzucanych narzędzi. Trawka rosła równio przycięta, w ogródkach kolorowe kwiatki, po jednej stronie błękitny ocean, po drugiej zielone palmy.

Pogadanka

Na specjalnie przygotowanym ogniu przed domem Josepha jego córka gotowała kolację. My w tym czasie siedzieliśmy na drewnianym pieńku i rozmawialiśmy z tutejszą młodzieżą. Opowiadaliśmy trochę o naszej podróży, o Polsce, o złowionej rybie kilka dni temu. Oni mówili o Polaku, który był tu kilka miesięcy temu, ale nie znał angielskiego, więc za dużo se nie pogadali. O tym, że dotykanie ich głowy zakazane było, ale wiele lat temu, a teraz to już nikt nam za to nie wbije dzidy w serce. I że faktycznie zjadali ludzkie móżdżki, ale tylko poległych w walce wrogów, ale teraz to już nikt nie walczy. Pytali:

A jak jest w Polsce?

Inaczej – odpowiadaliśmy.

Pewnie myślicie, że u nas jest bieda? – zaskoczyło nas to pytanie, mnie lekko zatkało.

To jest trudne pytanie, bo ciężko to porównywać. Zresztą, co to jest bieda? Kiedy się zaczyna, a kiedy kończy? Tutaj chodzicie bez butów. Gdybyśmy w Polsce zobaczyli bosego człowieka, pomyślelibyśmy, że jest biedny, tylko, że w Polsce my musimy chodzić w butach. Wy nie macie zimy, a u nas często mróz. Podobnie jest z domami. Wy nie musicie ich ocieplać, my musimy budować z cegły. W Polsce nie znajdziemy domów, w jakich wy mieszkacie, ale to dlatego, że wy możecie mieszkać w domach z bambusa, bo w nocy nie macie przymrozków. Ciężko porównać, nie wiem nawet czy można. W  Polsce jest po prostu inaczej.

Czekając na kasawę, która powoli dochodziła na ogniu, długo jeszcze rozmawialiśmy. I kto by się spodziewał, że Polskę znają tutaj również od strony wojny, bo czytali „Szpiedzy w Warszawie”. I kto by się spodziewał, że gdzieś na wypizdowiu, gdzie prądu nawet nie ma, gdzie busz dookoła i tylko woda, młody chłopak, który nigdy poza wioskę nosa nie wychylił zapyta:

To po tym jak Bułgaria i Rumunia przystąpiły do Unii Europejskiej to ilu jest teraz wszystkich członków? – ja na Tomka, Tomek na mnie. Jedyne co mi się nasuwało, to zdziwienie. Rumunia jest w Unii?

24? – odpowiadam z wielkim, ogromnym znakiem zapytania. Tomek coś tam pod nosem marudzi, że niby liczy, po czym z pewnością w głosie, bardzo dla niego charakterystyczną, dodaje:

– Około 29 – na co kolega z buszu mówi:

Chyba 27.

Obiad przy nafcie

W Polsce powiedzielibyśmy, że zasiedliśmy do syto zastawionego stołu. Na Fidżi powiemy, że zasiedliśmy po turecku do syto zastawionego kawałka podłogi nakrytej kolorową tkaniną. W blasku lampy naftowej zajadaliśmy się kasawą, dziwnymi liśćmi ugotowanymi w mleku kokosowym oraz smażoną rybą. Popijaliśmy herbatą z liści trawy cytrynowej. Delektowaliśmy się nowymi smakami oraz opowieściami Josepha. Dowiedzieliśmy się, że gdy chcesz wziąć za żonę córkę chiefa, musisz przynieść ząb wieloryba. Nie trzeba go od razu zabijać, ząb można znaleźć, ale trzeba wiedzieć kiedy i gdzie szukać. Opowiadał również o swojej szkole w Nowej Zelandii. To stąd ten świetny angielski. Za dużo pokus jest w Waszym świecie – mówił. Wieś jest niezwykle religijna i ma swoje zasady. Owszem, można tu mieszkać i liczyć na pomoc innych, ale trzeba ściśle stosować się do ustalonych reguł. Panuje na przykład w wiosce całkowity zakaz picia alkoholu i jeśli ktoś pojawi się po piwku, od razu zostaje z wioski wyrzucony. Ukarana osoba może wrócić dopiero po roku.

Robiło się coraz później, my nie chcieliśmy nadużywać gościnności, zapytaliśmy więc gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Joseph powiedział, że jego córka przygotowała już nam pokój. Mówiliśmy, że nie trzeba, że nie chcemy nikomu przeszkadzać, że my jesteśmy przyzwyczajeni spać w namiocie. Joseph jednak nalegał mówiąc, że to nie problem. Zapytaliśmy czyj to pokój, okazało się, że jego córki i wnuczki. Zapytaliśmy też, gdzie one będą spały. Podobno w innym domu, mieliśmy się nie martwić. Ale jakoś tak głupio nam było wyganiać kogoś z pokoju, ale wiedzieliśmy też, że odmową możemy urazić gospodarzy, którzy mogą pomyśleć, że niby za niski dla nas standard. Co oczywiście jest nie prawdą.

Czas wracać

Obudziły nas koguty skoro świt. Jeszcze pokręciliśmy się chwilę po wiosce, pogadaliśmy trochę, zjedliśmy pyszne racuchy usmażone przez córkę Josepha. I teraz dylemat. Prezentów ze sobą nie mieliśmy żadnych, jedyne co mogliśmy zostawić to pieniądze. Ale czy wypada zostawiać pieniądze? Czy my od naszych gości oczekujemy, by nam płacili? A z drugiej strony, pieniądze pewnie by im się przydały, raczej im się nie przelewa. Ale jak to zrobić? Dać do ręki, zapytać ile się należy, a jak damy za mało? Postanowiliśmy więc zapytać wprost. Po podziękowaniach za cudne przyjęcie nieśmiało ruszyliśmy z drażliwym tematem:

– Joseph, chcieliśmy cię prosić o radę

– Tak?

– Na Fidżi jesteśmy od niedawna, nie znamy jeszcze wszystkich zwyczajów. Chcielibyśmy się odwdzięczyć za Twoją gościnność, nie mamy jednak nic oprócz dolarów. Możemy ci zostawić kilka banknotów? Na pewno się wam przydadzą.

Joseph jednak zaśmiał się życzliwie i zapytał:

A za dużo macie? – po czym dodał – My żyjemy skromnie i szczęśliwie. Jak chcecie nam się odwdzięczyć, to jeszcze kiedyś do nas przyjedźcie.

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040075

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040105

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040127

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0096

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0060

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_00412012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0145

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0013

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_00292012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0138

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0127

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0108

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_00122012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0025

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0093

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040115

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0171

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0019

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0023

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0120

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0044

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_00342012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0101

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_00072012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0109

2012 06 22_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji-Nawi_DSC_0051

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Żaneta pisze:

    Jak miło się czyta. Świetne zdjęcia 😉 Szczególnie wyjątkowe dla mnie portrety 😉
    Przeuroczy ten malec w purpurowej bluzie z tą śmieszną minką!

    Pozdrawiam Was serdecznie z deszczowej Danii,
    Żaneta

    P.S. Mam pytanie odnośnie jednej rzeczy – zdjęcie z chłopcem w zielonej koszulce, koło chatki.
    Co to jest, to przywiązane do gałęzi?

    • Magda i Tomek pisze:

      Ten wielki korzeń, przy którym stoi ten malec, to ta sama roślina, którą dziewczyny wrzucają do garnka obok. Tyle, że ta Kasawa jest największa jaką udało im się wyhodować od 100 lat. Ponad 100kg – duma wioski:)

  2. rewelacyjne zdjęcia! opis w sumie też =) w sumie to jak za zawsze =) pozdrawiam

  3. Wojtek pisze:

    Kozackie te Wasze zdjęcia są;)

  4. Tomasz G. pisze:

    Ja chce do wujka Josepha !!! Super opis 🙂

  5. Milena pisze:

    wspaniały przykład gościnności 🙂 miło się czyta o tym jak ludzie z różnych zakątków świata traktują się z szacunkiem

  6. Karol pisze:

    Jestem pełen podziwu dla Waszego taktu i zdolności do jednania sobie ludzi.

    A przede wszystkim podziwiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »