Co nawala w Navala

Lipiec 11 | w Fidżi, Pacyfik | przez | 4 Comments

I w górę i w dół. I znowu… i w górę i w dół. Jak bardzo wysoko w górę, to zależy od wielkości dołka. Czasami dziura jest niewielka, więc i lądowanie mniej bolesne. Gorzej gdy trafi się konkretny ubytek, wtedy to dopiero czujemy nasze kości ogonowe uderzające o twarde, drewniane siedzenia. Czasami też bujamy się na boki, prawie jak na łajbie, tylko tym razem jesteśmy na lądzie. Znowu w autobusie, znowu zakurzeni, znowu piękne, niecodzienne widoki, znowu jedziemy w głąb wyspy, znowu do wioski. Tym jednak razem ma być to wioska wyjątkowa. Podobno bardzo tradycyjna. Podobno drugiej takiej nie ma. Podobno ostatnia taka na Fidżi.

W bambusowych chatkach

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040748Zostajemy przechwyceni już w autobusie. Młody mężczyzna zapytał czy chcemy zostać na noc w wiosce, odpowiedzieliśmy, że tak, on na to, że możemy przenocować u jego mamy, która siedzi kilka rzędów przed nami. Po 4 godzinach jazdy zakurzoną drogą pojawiają się pierwsze oznaki życia w głębi wyspy Viti Levu. Wioska schowana jest między zielonymi i brązowymi pagórkami, a z drogi pnącej się między wzgórzami widać małą wioskę. Wyjątkowość tego miejsca dostrzegamy już w progu, bo nie ma w niej żadnego drewnianego czy murowanego domu, wszyscy mieszkają tu w bure, takich fidżyjskich chatkach, gdzie za ściany robią splecione liście palmy pandanus, a dach pokryty jest strzechą. Szybko orientujemy się, że nasza gospodyni nie mówi niestety po angielsku. W bure poza dwoma łóżkami, starą komodą nie ma nic więcej. W rogu jednoizbowej chaty pali się ogień, a na nim stoi wielki, metalowy czajnik. Jeden z mężczyzn czyta gazetę, inny leży na wznak, chyba drzemie, małe dziecko przygląda nam się ciekawie. Kobieta w średnim wieku wita nas fidżyjskim Bula! i zaprasza do środka. Buty zostawiamy przed wejściem i siadamy po turecku na matach, które zakrywają klepisko. Wszyscy nam się przedstawiają, podają rękę, szkoda tylko, że imiona praktycznie wszystkich zapominam w ciągu jednej sekundy. Głupio od razu wyjąć notes, ołówek i zacząć notować, ale to jedyna możliwość, żeby zakodować te dziwnie brzmiące wyrazy. Zapamiętuję jednak imię córki naszej gospodyni Makitalena, ale to tylko dlatego, że jest to fidżyjski odpowiednik mojego imienia Magdalena.

Nowa tradycja

Tak nas nastraszyli, że to taka tradycyjna wioska, że taka wyjątkowa, że jedyna w swoim rodzaju, więc, żeby nie popełnić już na wstępie żadnego faux pas pytamy o chiefa. Chcieliśmy mu sevusevu wręczyć – mówimy. Na co Makitalena odpowiada, że  sevusevu nie trzeba, że mamy ze sobą wziąć dolary. Ja na Tomka, Tomek na mnie, no ale bierzemy kasę i idziemy do chiefa. To chyba jakaś nowa tradycja. Chiefa niestety nie ma, ale jest jego sekretarka. Wstęp do wioski kosztuje 20 dolarów od osoby – mówi do nas bardzo miłym i przyjaznym głosem. Na potwierdzenie wpłaty dostajemy nawet rachunek. No nic, wygląda na to, że chiefa tym razem nie będzie dane nam poznać. Na pocieszenie sekretarka proponuje, żebyśmy sobie zobaczyli jego zdjęcia wiszące w bure.

Bez niedomówień

Wracamy do bure Makitaleny, tam dowiadujemy się, że nocleg będzie nas kosztował kolejne 20 dolarów od głowy. Tym razem nie ma niedomówień, dylematów, zastanawiania się czy coś zostawić, czy lepiej nie, czy nie będzie za mało. Stawka określona jest z góry jak w porządnym hotelu. Tylko trochę to wszystko dziwne, trochę takie mechaniczne. Nie mam nic przeciwko płaceniu, przyjmują nas pod swój dach, dzielą się z nami swoimi historiami, potrzebują kasy jak każdy z nas. I pewnie nie znaleźlibyśmy w tej obsłudze turystów nic niezwykłego gdyby nie wcześniejsza wizyta w „mniej tradycyjnym” Nawi. Gdyby nie Joseph, który przypomniał nam, że nie przy każdym spotkaniu dwóch ludzi musi pojawiać się pieniądz.

Błotnisty napój

Skoro formalności mamy już z głowy, teraz możemy napić się kavy. Mąż Makitaleny chwycił plastikową miskę w kolorze mandarynki, napełnił ją wodą. Wziął szmatkę, do której wsypał szary proszek, zakręcił szmatkę tak, by nic się z niej nie wysypało, a Makitalena zaczęła polewać ją wodą. Szmatkę trzeba było wiele razy wyciskać, ściskać,2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0210 ugniatać za nim woda w misce nabrała koloru błota. Za nim ktokolwiek posmakował kavy wszyscy musieliśmy trzy razy klasnąć, po czym mąż Makitaleny napełnił małą, kokosową miseczkę szarą cieczą. Bardzo sprawnie i szybko wypija swój przydział. Po opróżnieniu naczynka krzyczy Bula! i znowu uderza w dłonie. Nadeszła kolej Tomasza. Dzielny jest. Nawet się nie skrzywił. Gorzej jest ze mną. Nie dość, że pogubiłam się w tym klaskaniu, w zasadzie to w ogóle o nim zapomniałam, to jeszcze nie mogłam za jednym chłyśnięciem wypić całości. Nic dziwnego, bo nieba w gębie raczej nie ma. Smakuje podobnie jak wygląda. Jakby człowiek się wody z kałuży napił. Pamiętam ten smak, bo przecież jako dziecko z przedmieścia zdobywałam różne sprawności. Raz trzeba było zjeść piasek z piaskownicy, innego razu glistę od mamy z ogrodu, a czasem wypić wodę z kałuży. Podobnie jak u nas przy kielichu tak i na Fidżi przy kavie rozmawia się o pierdołach. A co w Polsce robimy, pytali, dlaczego jeszcze dzieci nie mamy, jak długo chcemy zostać. Dowiedzieliśmy się, że prądu nie mają, a wszystkie wioski dookoła tak. Zapytaliśmy dlaczego nie mają. Podobno chief tak zdecydował. Dlaczego? Nie wiedzieli, ale po namyśle stwierdzili, że bez prądu, to bardziej po tradycyjnemu. Dowiadujemy się też, że wioska w kształcie krzyża została zbudowana. Makitalena mówi, że z pobliskich wzgórz to dobrze widać, a jej mąż proponuje, że może nas tam zaprowadzić jeśli chcemy. Mówimy, że damy radę sami, że nie chcemy mu głowy zawracać, ale on się upiera, że on się nami zaopiekuje. Wygląda, więc na to, że w cenie noclegu mamy także prywatnego przewodnika.

Zwiedzać byle szybko, bo kava czeka

Idziemy jakieś 7 minut. Pierwsze wzniesienie, nasz przewodnik staje i każe patrzeć na wioskę. Ja tam krzyża żadnego nie widzę, Tomasz też kiwa głową. Ścieżka się pięła jednak wyżej, więc nadziei nie traciliśmy. Już chyba tutaj Merekalou pożałował, że się z nami na spacer wybrał. Kilka kroków dalej mężczyzna nam tłumaczy, że to tutaj turystów przyprowadza i że tu oto przed nami się rozpościera ten piękny widok. A my, upierdliwcy chcemy jeszcze wyżej. Leziemy, ale widać, że jakoś naszemu opiekunowi to nie na rękę. My, jak to my, zaczynamy fotki pstrykać, pytania zadawać, a czemu te pola tam się palą, a co tam się uprawia, a ile w wiosce osób mieszka, a kiedy powstała. Merekalou stara się szybko i krótko odpowiadać, co chwila powtarzając – To co wracamy, kavy się napijemy!  Nie chcemy naszego przewodnika nadwyrężać i decydujemy się wracać. Tyle, że nam się to chatki nie śpieszy, jeszcze wioskę byśmy chcieli zobaczyć, a pora już nie najmłodsza, słońce zaraz zacznie zachodzić.

Życie pod strzechą

Kurde, no nie co tydzień człowiek na Fidżi przyjeżdża, nie co tydzień jest w takiej wiosce, więc to chyba normalka, że2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040709 żółwim tempem przechadzamy się między chatkami. Natomiast nasz przewodnik najchętniej odprowadził by już nas do swojego bure. Ludzie średnio zainteresowani kolejnymi, wałęsającymi się białasami. Jak krzykniemy Bula!, to dopowiedzą, jak nie, to przejdą raczej obojętnie. W każdym prawie bure, głównie mężczyźni, leżą w pozycji horyzontalnej lub siedzą po turecku i popijają kavę. Co jakiś czas, któryś zrobi sobie przerwę w leżeniu i leniwie odwróci głowę w naszym kierunku, żeby coś po fidżyjsku krzyknąć. Wtedy wszyscy zaczynają się śmiać, a my jak te osiołki nie wiemy czy to do nas, czy to o nas, czy nas obrażają czy nas pozdrawiają. Jakoś tak tu dziwnie w tej wiosce. Stajemy przy szkole, dopada nas grupka dzieciaków. Zaczynają wypytywać skąd jesteśmy, jak się nazywamy. Pokazują nam swoje zeszyty, opowiadają jakie mają w szkole przedmioty. Merekalou  próbuje je odgonić, ale my świetnie się z nimi dogadujemy, jak do tej pory najpozytywniejsze istoty w tym zakątku Fidżi. Przewodnik chwile z nami siedzi, widać, że może i chciałby dotrzymać tradycji, ale gdzieś mu śpieszno, albo najzwyczajniej w świecie go nudzimy. Proponujemy więc, że może moglibyśmy zostać z dzieciakami, że one nam wskażą drogę do odpowiedniego bure. Drugi raz tego dnia na twarzy mężczyzny pojawia się szczery uśmiech. Pierwszy był gdy napełniał kokosową miseczkę kavą tuż po naszym przybyciu.

W świetle lampy naftowej

Dzieciaki dotrzymują nam towarzystwa do samego wieczora. Dzielnie, niestrudzone pokazują nam każdą chatkę, zapoznają z rodzeństwem, każą zobaczyć fidżyjską toaletę. Gdy dochodzimy do bure Makitaleny, mam wrażenie, że odprowadzają nas dzieciaki z całej wioski. Część wchodzi z nami do środka. Ciemno się robi, więc w ruch idą lampy naftowe. Dzieciaki w nas wpatrzone wysłuchują historii o śniegu z Polski, o małpach i piraniach z amazońskiej dżungli, o wielkich żółwiach i delfinach, które ostatnio widzieliśmy. Kiedy kończą nam się już opowieści pytamy czy znają jakąś piosenkę. I się zaczęło. Dzieciaki śpiewały przeszło dwie godziny, a co piosenka pojawiała się w bure kolejna nowa twarzyczka. Dla takich momentów kocham podróżować.

Kolacja

Makitalena powiedziała coś po fidżyjsku, a dzieciaki wstały, pożegnały się z nami i wyszły. My w tym czasie zostaliśmy zaproszeni do „fidżyjskiego stołu”. Jedzenie wyglądało cudnie, kasawa, zupa z ryby i te same liście w mleku kokosowym, które jedliśmy u Josepha. Inne było to, że kobiety czekały aż my się najemy. One zaczęły jeść dopiero gdy my odeszliśmy na bok. Gdy kładliśmy się na matach spać nie było w bure żadnego mężczyzny. Słychać było natomiast głośne śpiewy, grę na gitarze. Pytamy co się tam dzieje, nieśmiało licząc, że może będziemy mogli podejrzeć fidżyjską imprezę. Świętują zakończenie budowy bure – mówi Makitalena. No niestety, impreza chyba nie była w pakiecie.

Wymowne pożegnanie

Wstajemy grubo przed 6 rano, bo przed nami kawał drogi. Chcemy się dostać do kolejnej wioski, autobus tam nie dojeżdża, czeka nas zatem kilka godzin marszu między pagórkami. Mąż Makitaleny proponuje, że nas odprowadzi, my jednak nie chcemy być obciążeniem, znowu biednemu Merekalou zawracać głowy. Mówimy,  że damy sobie radę, że droga prosta, że nie trzeba. Ale się upiera. Po drodze pytam go czy dużo przyjeżdża do wioski turystów. Bardzo dużo. Wynajętymi samochodami lub busami z agencją turystyczną – mówi. Czyli jakby to tradycyjna wioska jest, ale mocno nastawiona na turystów. To by wyjaśniało sporo. Masz coś do pisania – pyta Merekalou. Podaję mu notes i ołówek. Po chwili mi go oddaje i mówi – To nasz adres, żebyście mogli nam prezenty przesyłać.

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0243

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0396

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0222

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_02082012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0214

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040746

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_03522012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040728

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0346

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0286

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0246

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0408

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0409

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0425

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0420

A na koniec kilka minut o tym co w Navala nie nawala.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. suuuper jestem z was dumna! ja tez bym tak chciala!

  2. świetne zdjęcia! i jak zawsze miłe czytanie =)

  3. Karla pisze:

    Dzieci są tam przecudne!!! A Wasze zdjęcia na maxa to oddają. Bomba!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »