Nausori Highlands

Lipiec 13 | w Fidżi, Pacyfik | przez | Nie ma komentarzy

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040798Zeszło się trochę nim dotarliśmy do Nausori. Autobusu w tych rejonach niestety brak. Trochę więc stopem podjechaliśmy na przyczepie ciężarowego samochodu wożącego zazwyczaj drewniane pale. Trochę na piechtę. A trochę osobowym samochodem z małą przyczepką załadowaną po same brzegi rynkowym towarem. Lekko się zdziwiłam jak wciśnięta pomiędzy kartofle, jakieś liście, wielkie worki z kasawą, dwie lokalne kobiety, przemiłe zresztą, podniosłam głowę i centymetr nad nosem zobaczyłam dziób wielkiego koguta. Aż podskoczyłam, ale uciec i tak nie było gdzie, zaprzyjaźniłam się więc z Panem Roosterem, ale żeby jednak nie za bardzo się do siebie zbliżać, przyjęłam pozycję na strusia, chowając głowę między nogi.

Dzięki uprzejmości spotkanego przy wejściu do wioski headmana, znaleźliśmy się w skromnych progach chaty chiefa. Zgodnie z etykietą wręczyliśmy sevu sevu i zapytaliśmy czy możemy zostać w wiosce do jutra. Szczerbaty chief nie mówił ni słowa po angielsku. Dostał nam się więc tłumacz, młody chłopak, który został tez naszym przewodnikiem, opiekunem, a na koniec dnia oddał nam swoje łóżko. Chief założył sulu i podążył w kierunku jedynego w wiosce bure. My oczywiście za nim. Tam odbyła się ceremonia powitalna, czyli picie kavy. Po chwili pojawił się również wioskowy Belmondo. Dlaczego Belmondo? Bo powitał nas z suke w ustach, czyli fidżyjskim2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0486 tytoniem cieniutko zawiniętym w gazetę, postawionym kołnierzem kolorowej koszuli, przyciemnianych okularach i bransoletce. Ale to nie była jakaś tam bransoletka. To był piankowy kapturek, taki w którym trzyma się piwo. A tutaj, na ręku mężczyzny, a dokładnie nadgarstku, trzeba przyznać, prezentował się równie wyśmienicie jak na puszce zimnego browara. Nie wiem nawet czy nie lepiej. Opowiadając co porabiamy, wysłuchując co w wiosce nowego, dowiedzieliśmy się, że za chwilę mają pojawić się goście. Ale jacy goście – pytamy. Oni odpowiadają, że ze świata. A dużo ich będzie? No z całego świata – mówią. No i jak to zinterpretować? Ale po kolejnych wyjaśnieniach okazało się, że właśnie dzisiaj, że dokładnie za 10 minut przyjadą dyrektorzy pewnej organizacji, czy firmy, dokładnie nie zrozumiałam, która jest na całym świecie i która pomogła wiosce. A jak pomogła? – pytamy zaciekawieni. Dali nam nasiona, żebyśmy mogli teraz drzewa ścinać i sprzedawać. Czyli to jakaś poważna sprawa. Ale jakoś nie widać, żeby ktoś się denerwował, z czymś się spieszył, coś mocno przeżywał. Co było również niezwykle dla nas miłe, to fakt, że nikt nie dał nam odczuć, że przeszkadzamy, że pojawiliśmy się w nieodpowiednim momencie. Dalej siedzieliśmy i piliśmy kavę.

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040804Przyjechali! W białych koszulach, eleganckich spodniach, czystych skarpetkach. Panowie dyrektorzy i Panie. Z Anglii, Holandii, Malezji, Filipin, Japonii, Szwecji, Tonga, Samoa … Oni wszyscy tacy czyści, a my tacy zakurzeni, umorusani drogą. Oni przyjechali klimatyzowanym autobusem, a my z kogutem nad głową. Tak więc schowaliśmy się w kąt, nie chcieliśmy przeszkadzać, a jedynie przyglądać się całej ceremonii. Zeszli się wszyscy mężczyźni z wioski. Każdy w odświętnej koszuli, każdy w sulu. Siedli po jednej stronie bure, naprzeciwko dyrektorów. Gdy klaskali, równo, głośno, gdy śpiewali i krzyczeli, ciarki po plecach mi biegały. Jeden z nich przygotowywał kavę w wielkiej drewnianej misie. Potem rozlewał do kokosowej miseczki i podawał każdemu po kolei. Od najważniejszego zaczynając, czyli od dyrektora z wielkiego świata, potem chiefa, a potem reszta. Cudne to było, nie nazwę tego przedstawieniem, bo dalekie to było od turystycznej szopki, chociaż jak dla mnie bardzo teatralne. To była ta tradycyjna, szczera i nieudawana ceremonia powitalna, w której w tym przypadku dziękowano gościom nie tylko za przybycie, ale również za wcześniejszą pomoc.

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0506Powoli bure pustoszało. Z gości zostaliśmy tylko my i Japończyk, którego zagadywał Belmondo ciągle częstując kavą. Część mężczyzn z wioski też już wyszła, ale część i chief ciągle jeszcze pili kavę. Ja na Tomka, Tomek na mnie. Porozumiewawcze spojrzenie – Co robimy dalej? Nie wiemy, czy siedzieć i dalej pić kavę, a trochę już miseczek żeśmy wychylili, czy może pójść na spacer? Nasze wątpliwości rozwiał headman, który podszedł do nas i powiedział – Idziemy na lunch. Jedzenie! Do tego nie trzeba nas namawiać. Po środku wioski, pod zadaszeniem odbywała się istna impreza. Coś w rodzaju szwedzkiego stołu z fidżyjskimi pysznościami, siedzenie na matach, gitara, śpiewy i tańce. Te wszystkie czarnulki w swoich kolorowych, kwiecistych sukienkach ruszały tymi swoimi obszernymi biodrami. Dyrektorzy próbowali dotrzymać im kroku i radzili sobie całkiem nieźle, chociaż większość wymiękła dosyć szybko. Wtedy my zaprezentowaliśmy nasze kocie ruchy. Kiedy już na parkiecie, a raczej matach wyplecionych z pandanusa, zrobiło się wystarczająco luźno, Tomasz zakręcił swoimi biodrami. A jak pamiętamy z Las Vegas, chłopak zna się na rzeczy.

Pojedliśmy, żeśmy potańczyli, nadszedł czas by pójść do szkoły. Tam spotkaliśmy jak zwykle cudowne dzieciaki. Tomasz został zaciągnięty do gry w rugby, z którą w życiu do czynienia nie miał, a ja zostałam obstąpiona dziewczynkami, które nic nie mówiły, tylko siedziały i się tak na mnie patrzyły. Jedna z dziewczynek, wyglądała na najstarszą zapytała Tomasza czy jestem jego siostrą. On odparł, że żoną, a ona na to zawiedzionym głosem odparła – Szkoda. Ta sama dziewczyna zaprosiła nas do swojego domu. A, że my bardzo chętnie korzystamy z zaproszeń, nie trzeba było nas długo namawiać. Dziewczyna, czternastoletnia, pokazała nam wielki plakat z nowozelandzką drużyną rugby. Powiedziała, że jeden z nich to kolega z wioski. Ja na to bez zastanowienia – A który to? A ona się na mnie dziwnie spojrzała, jakby średnio rozgarnięta laska przed nią stała i powiedziała – No przecież na zdjęciu jest tylko jeden czarny zawodnik – i głośno się zaśmiała. Przyszedł również jej starszy brat, który opowiadał o znajomym ze Słowacji, pokazywał jego zdjęcia, mówił, że spędził z nimi kilka miesięcy, nie mówił po angielsku i uczył się fidżyjskiego. On również zaoferował nam nocleg – Możecie przyjść o każdej porze, oddam Wam swoje łóżko – mówił.

Jednak noc spędziliśmy w nauczycielskim domu. Nasz tłumacz, opiekun i przewodnik, jak się okazało ma żonę nauczycielkę, a to w fidżyjskiej społeczności bardzo szanowany zawód. Taka nauczycielka dostaje swój dom z kuchnią i łazienką oraz może korzystać z generatora prądu, który podłączony jest do szkoły. Słabe jest to, że nauczyciele nie mają wpływu na to gdzie wylądują i na jak długo. To takie jakby fidżyjskie ministerstwo oświaty decyduje do jakiej szkoły trafi nauczyciel. Ale z tego co się zorientowaliśmy, to na Fidżi najlepiej zostać właśnie nauczycielem, zwłaszcza gdy jesteś laską. Bo nie oszukujmy się, ale jak jesteś kobietą i mieszkasz na wsi, to jedyne co robisz to obsługujesz męża i dzieci wychowujesz. A taka nauczycielka, to ma własne pieniądze, jakieś wyjazdy szkoleniowe, stać ją też na kilka torebek, sukienkę jakąś. Wieczorem gdy akurat dali światło a myśmy siedzieli i pili kavę w nauczycielskim domu, jak zwykle leciała ta sama piosenka AZONTO. Od kiedy tu jesteśmy zawsze i wszędzie ją słychać. Nie ma, że się nudzi. Siedzieliśmy jakieś dwie godziny i przez te dwie godziny leciało AZONTO… Zabawne było też to, jak co chwila w domu pokazywała się nowa twarz i nowy telefon komórkowy. Z racji tego, że tylko nauczycielka ma prąd w godzinach od 20 do 21, znajomi i rodzina przychodzą doładować sobie telefony. A czy ma też tyle kontaktów, pewnie zapytacie? No nie. Bo jak przychodzi się z tym telefonem, to trzeba też przynieść swój rozgałęziacz, przedłużacz. W ten oto sposób może się przynajmniej 15 ładować telefonów. A kavy przez ten dzień w Nausori tyle się opiłam, że w nocy to takie dziwne sny miałam, że sama nie wiedziałam, czy to sen czy rzeczywistość,  ale o tym już opowiadałam.

I takie właśnie pozostanie dla nas Fidżi, urzekające swym pięknem i prostotą, zniewalające dobrocią i gościnnością, czarujące swą urodą i bezinteresownością. Prawdziwe Fidżi, to nie resorty, bary i dyskoteki. Prawdziwe Fidżi schowane jest między pagórkami i polami, zarośnięte kokosami. Do prawdziwego Fidżi prowadzi zakurzona droga, po której jeździ, chociaż też nie zawsze, rozklekotany autobus. Prawdziwe Fidżi to śpiewy dzieciaków przy naftowej lampie. Prawdziwe Fidżi to uśmiech i Bula!. Prawdziwe Fidżi na zawsze pozostanie w mym serduchu, jako jedno z tych miejsc na ziemi, do którego tęsknię i wiem, że na pewno powrócę.

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040788

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040797

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P10408002012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0484

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0493

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0483

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_04822012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0490

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_04792012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0476

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_DSC_0480

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040809

2012 07 23_Magda i Tomek Dookola Swiata_Fiji_P1040812

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »