Haftowany autobus

Kwiecień 15 | w Nepal | przez | 14 Comments

phone_z2strony_20140415_172951

Zabiorę Was w niezwykle egzotyczną podróż. Jedziemy do Nepalu! I tam wsiądziemy w lokalny autobus z Katmandu do Jiri. Tylko musimy współpracować. Ja Wam w tej podróży pomogę, Wy jedynie musicie uruchomić wyobraźnię i nawet jeśli coś wyda się Wam zbyt obrzydliwe, irracjonalne lub niewiarygodne, musicie się przełamać i spróbować to sobie w myślał namalować używając mocnych, wyraźnych, soczystych kolorów.

W miejscu, z którego odjeżdża nasz autobus najpierw próbujemy znaleźć kasę. Łatwiej byłoby kupić bilet od kierowcy, ale ten skasuje nas dwa razy więcej za naszą jasną karnację. Kasa okratowana, przed nią tony śmieci, w kolejce stoją Nepalczycy, kozy na sznurkach meczą, kurczaki zapakowane w karton próbują oddychać przez wycięte w nich małe dziurki, no i my – turysty. Na początku zastanawiamy się, co ten cały zwierzyniec tu robi, ale nasze wątpliwości zostają w mig rozwiane, gdy wchodząc do autobusu musimy przepychać się w wejściu z kozami. Na naszych biletach są numerki. Problem polega jednak na tym, że o ile na bilecie napisane jest 7,8, to już w autobusie widzimy tylko ichniejsze, dziwne znaczki, nie sposób byśmy je rozszyfrowali. Wtedy musimy ponownie wrócić się do wyjścia, omijając leżące w przejściu kozy i znaleźć pomocnika kierowcy, który pokaże nam nasze miejscówki. W Polsce do obsługi autobusu może i wystarczy jedna osoba, tutaj pomocnik kierowcy jest niezbędny. To on zawsze zwisa z otwartych drzwi, wykrzykuje kierunek jazdy, dopycha pasażerów łokciem, w czasie jazdy wskakuje na dach żeby przywiązać spadające bagaże, on też sprawdza bilety i usadza każdego, w tym też właśnie nas. I co się okazuje? Że te przemiłe kurczaczki w tych kartonach z kolejki do kasy, ćwierkają teraz za nami wystawiając dziubki przez małe otwory. W uszach miło się robi, w nosie już nie tak fajnie. Bo jednak smród kurnika tych małych istot roznosi się po całym pokładzie. Ale ich właściciel pięknie się do nas uśmiecha, to i my odwzajemniamy uśmiech i nie narzekamy. Nie narzekamy też, że autobus stary, że ledwo dyszy, że spaliny czarne wdychamy, że siedzenie trochę jakby za małe, że dotykając ręką czegokolwiek musimy prawie siłą ją odrywać, tak się tu wszystko klei. W końcu na wycieczce jesteśmy, kulturę nowa poznajemy, uczymy się, poznajemy, doświadczamy.

Gdy autobus rusza uświadamiamy sobie kolejną rzecz. Otóż trafiło nam się miejsce pod samymi głośnikami. I to bollywoodzkie, trzeszczące upca, umpca wzmocniona decybelami mocno boli. Już nawet nie chodzi, o to, że innych rytmów jesteśmy fanami, ale to co się wylewa nam znad głowy po prostu boli w uszy. Jak to powiedział Wojtek „dźwięk jakby świniaka zarzynali”.

Ale spokojnie, przed nami tylko 9 godzin.

Na drodze trąbią ciągle, bez ustanku. Kierowca wyprzedza na trzeciego na zakrętach, autobus buja się jak kołyska. Patrzymy w tą przepaść pod nami i modlimy się byśmy tam nie wylądowali. Modlimy się jeszcze mocniej, gorliwiej, gdy nagle w jednej z tych przepaści widzimy kolorowy, jak nasz, autobus, który ta przepaść dopiero co pochłonęła.

Zbliża się południe, coraz trudniej w kurniku oddychać. Nie dość, że śmierdzi, to jeszcze duszno i parno. Gdyby nie to, że kobieta przed nami ciągle rzyga, to pewnie byśmy otworzyli okno, ale patrząc na te zacieki na szybie, które powstały z wymiocin sąsiadki, nie chcemy ryzykować, wolimy się pocić niż ścierać z twarzy jej dzisiejsze śniadanie.

W pewnym momencie, gdy już wszystko się do nas przylepia, cały ten syf niepranych latami narzut na siedzenia, te śmieci leżące pod naszymi stopami, te kozy, kurczaki, ta kobieta, która wymiotuje do dziurawej reklamówki i wszystko zaczyna ciec jej po kolorowej sari kierowca ogłasza przerwę.

Uffff… mamy chwilę na jedzenie, na siku, jak palicie to na fajkę.

Za wielkim garem stoi Shrek. Nie przesadzam, Shrek w sari i nakłada rękami ryż na talerze. Co Shrekowi zostanie pod paznokciami wylizuje i leci z ryżem dalej. Obok tego ryżu mamy też zupę z soczewicy i warzywne curry – dal bhat. Nikt nie podaje nam łyżki, widelca, noża. Tutaj je się rękami. A jak ładnie zjemy, to podjedzie do nas Shrek w sari i dorzuci po marchewce, tak jak wrzuca się jedzenie świniom do koryta.

Najedzeni wsiadamy do autobusy, przed nami jeszcze tylko 2 godziny jazdy. I bez jakichś tam większych ekscesów jedziemy dalej, bo kozy na swoim miejsc, dalej śmierdzi kurami ulokowanymi tuż za naszymi plecami, kobieta przed nami musi zwymiotować dal bhata, a muzyka dalej zażyna świniaka. Doszedł jeszcze tylko jeden element zwany przeze mnie haft górny. Czym jest haft górny? Niczym innym jak wymiocinami tych siedzących na dachu. Soczyste bełty pozostają na szybach tworząc różnego rodzaju obrazki. To jest moment kiedy zamykamy oczy i sami próbujemy się nie zrzygać.

Po dwóch godzinach od przerwy na dal bhata, przyszedł czas na przerwę toaletową. Stajemy na poboczu, panowie na lewo, a panie… no właśnie panie tu łatwo nie mają. Krzaka żadnego przy drodze, panowie leją w równym szeregu, a panie muszą wytrzymać do Jiri. Biedna, zdesperowana babcia, kuca przed samym zderzakiem, przykrywa się szczelnie sari, leje pod siebie. Mistrzostwem kreatywności wykazuje się jednak mamuśka siedząca dwa miejsca nami. Córeczce sikać się chciało, więc mama gacie małej zdejmuje, rozsuwa szybę i wystawi małej dupkę przez okno. Mistrzostwo!

Folklor pełną gębą, prawdziwy Nepal, egzotyczne wakacje. Po 9 godzinach autobus staje, muzyka cichnie, jesteśmy na miejscu. Kozy wychodzą pierwsze, potem my, slalomem między resztkami jedzenia, przedzieramy się do wyjścia. Ogłuszeni, odurzeni, rozglądamy się po zakurzonym Jiri. Jedyne o czym myślimy to to, że za dwa tygodnie będziemy musieli tą samą trasą do Katmandu wrócić. Doczekać się nie możemy!

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Pięknie zobrazowane! Niedobrze mi się zrobiło…

  2. Marcin Tymiński via Facebook pisze:

    F**k !! Wyobrazić sobie obraz to pikuś, ale wyobrazić sobie zapach to już przegięcie z mojej strony… no cóż śniadanie zatem zjem wieczorem 🙂

  3. Ja przepraszam bardzo Wszystkich za te niesmaczności, ale ja tylko prawdę napisałam…

  4. o tak, mam te same „haftowane” wspomnienia z podróży autobusem po Nepalu

  5. Nieźle, ale ja myślę, że dopóki się nie czuje zapachu tylko się czyta to nie jest źle 😉

  6. A czy jest zdjecie Shreka w sari? 🙂

  7. Ania pisze:

    uśmiałam się jak zwykle czytając Wasze wpisy chociaż wiem, że Wam tam do śmiechu nie było, uruchomiłam swoją wyobraźnię 🙂 uwielbiam Was czytac, w tydzień przeczytałam cały bloog:)

  8. Marta pisze:

    o fuuuuuuuuu !!! W życiu bym nie wsiadła do tego autobusu. SZACUN ! 🙂

  9. Marta Bogusz via Facebook pisze:

    o fuuuuuuuuuu !!! W życiu bym nie wsiadła tego tego autobusu. SZACUN 🙂

  10. Dora pisze:

    właśnie cofa mi się kolacja…. szacun za ten wyczyn 😀

  11. Hiena pisze:

    haha! Niesamowite!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »