Dzień w Katmandu

Marzec 30 | w Nepal | przez | 7 Comments

Kathmandu

To co ma chyba największy wpływ na to jak nasza podróż wygląda to czas. Nie musimy z szefem walczyć o każdy dzień urlopu, gdy gdzieś nam się podoba możemy siedzieć tam tygodniami, jak mamy lenia możemy przez trzy dni nie wychodzić z łóżka. Ale nie teraz, nie przez najbliższe dwa tygodnie. Do naszej drużyny dołączył mój brat, Wojtek. Miał ten niefart, że bilet musiał kupić w dwie strony, a na poznanie Nepalu ma tylko 12 dni. Zaczynamy więc krótki urlop w Nepalu.

Lądowanie w Katmandu.

Wstajemy o 6.00 rano, przecież czasu marnować nie możemy. Budzika nie musieliśmy ustawiać, już od 4.00 za oknem zaczęło się zrzucanie transportu kamieni do budowy kolejnego hotelu. Chociaż Wojtek udaje, że nie słyszy zgrzytów łopat nie mam nad nim litości. To co, że w Polsce teraz druga w nocy jest, wstawać trzeba, zwiedzać, eksplorować.

Thamel o poranku dopiero nabiera tempa, choć pusto nie jest. W wąskich uliczkach błąkają się kilkunastoletni chłopcy z wielkimi worami na plecach, wypchanymi plastikiem do skupu. Drugą ręką przytrzymują mniejszy woreczek. Znieczulają się wypełnioną klejem torebką, przytknięta do ust. Nie ma tu pojemników do segregacji śmieci, w ogóle tu nie ma śmietników. Nad ranem wszystkie odpady wystawione na ulice lądują na bruku, spomiędzy fermentujących resztek wczorajszego dnia najbiedniejsi wybierają wszystko co się da spieniężyć.

Słychać zgrzyt kolejnych metalowych rolet, kolejne sklepiki wypchane The North Fake szykują się na tłumy turystów. Można tu kupić kurtkę z ceraty z metką GoreTexu, podróbki Mamuta, The North Face, można sobie nawet kupić rolki z naszywkami markowych firm. I później taki sprzedawca przekonuje cię, że te rękawiczki droższe są bo mają wszytą membranę (tzn. metkę Gore). Chyba nie ma sklepu na Thamelu, który sprzedawałby coś oryginalnego.

Poza Thamelem jakby więcej życia, dzieciaki w wyprasowanych koszulach, wystrojone w mundurki szykują się do szkoły. Coraz więcej skuterów, taksówek, coraz więcej trąbienia. Sprzedawcy z głębokiego tłuszczu wyciągają zarumienione somosy. W biegu do szkoły, czy pracy ludzie zatrzymują się na chwilę przed kapliczkami, smarują kamienne figurki czerwonym mazidłem, odpalają kadzidła.

Po drodze do Swayambhunath Mamy jeszcze do przejścia most. Rzeki w nepalskich miastach to tak naprawdę płynące szambo. Nie wiem ile trzeba by było odpalić kadzideł, żeby zabić ten smród.  Brzegi oblepione plastikowymi torebkami, a w korycie płynący szary, gęsty szlam. My przebiegamy przez most zatykając nos, męczymy się tylko kilka sekund, ale są ludzie, którzy właśnie nad tymi rzekami mieszkają. W tym syfie, w poskładanych z tego syfu slumsach spędzają całe dnie. Dzieciaki z gołymi tyłkami robią sobie z tego syfu zabawki, rodzice w tym syfie wygrzebują kawałki metalu na skup złomu. Czy oni po latach przestają czuć smród?

My już po wysokich schodach wdrapujemy się do świątyni małp. Dopiero 7:00 rano, a sprzedawcy kadzidełek, świeczek, batonów, kamiennych figurek już czekają na klienta. Jakby nie spali, jakby byli w stanie gotowości przez 24h/dobę. Co kilka sekund odpowiadamy „no, thank you” i wskakujemy na kolejne kamienne stopnie.

Najpierw widzieliśmy tylko złotą koronę na szczycie stupy, potem złote pierścienie, zieloną zasłonkę i wpatrzone w nas oczy Buddy. Gdy już weszliśmy na samą górę trafiliśmy na dziwny ludzki miszmasz. Pod samą kopułą mnisi krążący zgodnie z ruchem wskazówek zegara, szepczący mantrę wprawiali w ruch wmontowane w ścianę modlitewne młynki z brązu. Na progu jednej z bocznych kapliczek, kapłan za kilka rupii błogosławił podchodzących wiernych wyciskając im czerwone kropki na czole, które kojarzą mi się raczej z religią Hindu. Okazało się, że plac wokół stupy to też świetne miejsce na poranną gimnastykę. Rośli mężczyźni, tak do 160cm (Nepalczycy ogólnie należą raczej do niższych nacji), robili brzuszki, przysiady, rozciągali się wypinając pośladki prosto w oczy Buddy. Żebyście mieli lepszy obraz dorzućcie jeszcze poranne światło, przebijającego się przez smog słońca, kobiety w sari śpiewające religijne pieśni, dym unoszący się z odpalanych co chwilę kadzideł i oczywiście wszędobylskie małpy. Cwaniaki czyhające na składane przez wiernych ofiary z owoców, czy garści ryżu. W głowie się kręciło od tego wszystkiego.

Pokręciliśmy się jeszcze chwilę w okolicy świątyni, podrażniliśmy się z małpami i wracaliśmy w kierunku Thamel. Minęły zaledwie 2 godziny, a uliczki zmieniły się nie do poznania. W zasadzie uliczek w ogóle nie było widać pod kołami przeciskających się między turystami taksówek. Każda taka sama, białe Suzuki wielkości Tico, każda trąbiąca, z kolorowymi wisiorkami dyndającymi nad śniadą, przyklejoną do przedniej szyby twarzą kierowcy. Nie tylko taksówkarze trąbili, w przelewającym się tłumie miejsce dla siebie próbowali też znaleźć rikszarze ze swoimi trąbkami zmontowanymi z plastikowych butelek i wciśniętych w korek piszczałek. Nie miałem nigdy litości korzystać z takiej rikszy. Widzę jak tymi nogami chudymi jak patyki cisnął na pedały, mając na plecach oddech pulchnego białaska to mam ochotę raczej podbiec i popchać biedaka niż prosić o podwózkę.

Ależ nam ulżyło jak zatrzasnęliśmy drzwi naszego pokoju odcinając się na chwilę od całego tego szaleństwa na zewnątrz. Po drodze kupiliśmy dwie bagietki i przy śniadaniu rozkoszowaliśmy się przywiezionymi z Polski mielonkami. Żebyście widzieli minę Magdy jak pochłaniała kolejne kęsy konserwy z Łukowa w towarzystwie pomidora i cebuli. Patriotka lokalna pełną gębą.

15 minut na śniadanie, 15 na trawienie i już płynęliśmy w rzece tłumu w kierunku Durbar. Jeszcze nie było południa, a my już po kilku minutach mieliśmy koszulki mokre od potu. Pewnie ze 30 stopni było w cieniu. Gorące, fermentujące, oblepiające 30 stopni. Ruch na ulicach sięgał chyba zenitu. Ludzie, skutery, riksze, taksówki, rowerowi sprzedawcy wszystkiego z koszami wypchanymi po brzegi towarem. Wszyscy kotłowali się na wąskich skrzyżowaniach o dziwo wychodząc z tego żywo. Pół godziny na ulicy Katmandu i już jedyne o czym marzyliśmy, to stamtąd uciekać, schować się gdzieś, zaszyć. To był zdecydowanie idealny czas na poranną kawę, mrożoną oczywiście.

Na samym Durbar jakby spokojniej, ciszej. Nie wpuszczają tu żadnych kołowców, i bardzo dobrze. Zwolniliśmy tempo i błąkaliśmy się pomiędzy  ceglanymi świątyniami przysiadając przy co drugim szerokim, rzeźbionym w drewnie dachem. Zaszliśmy też do Muzeum Pałacu Narayanhiti, a dokładniej to zaciągnąłem tam Magdę z Wojtkiem siłą. Oczywiście w środku nie było nic ciekawego, śpiące strażniczki drewnianych tronów ex króla i kilka wielkich obrazów z dziurami zabezpieczonymi szeroką taśmą bezbarwną.

Zdecydowanie jedną z głównych atrakcji Durbar są wystrojeni w pomarańczowe ciuszki brodaci Sadhu. Nie do końca rozumiem ich rolę w Hinduizmie. To znaczy rolę Sadhu w ogóle rozumiem, to tacy mnisi, pustelnicy, mający nic, poświęcający życie medytacji i modlitwie. Ale ci tutaj bardziej przypominali białego niedźwiedzia z Krupówek niż pustelników, za wrzucenie 100 rupii do kubeczka chłopaki podnosili do góry dredy i wykręcali śmieszne minki do wycelowanych w ich stronę obiektywów.

Młody już wymiękał. Obudzony o 2:00 w nocy, czasu polskiego, nie dawał rady w tym skwarze dalej zwiedzać. Postanowiliśmy, więc odwrót. Człapaliśmy do hotelu marząc tylko o tym, żeby zatrzasnąć za tym całym tłumem, za tym skwarem drzwi pokoju. Ale po drodze trafiliśmy na zbiorowisko dziwne przy jednej z dziesiątek starych kapliczek. Wystarczyło, że stanąłem na palcach i już nad głowami lokalnych widziałem o co chodzi. Coś widziałem, ale do tej pory nie wiem dokładnie co. Trzech mężczyzn przebranych za kobiety, z maskami na twarzach trzęsło się jakby po niezłych prochach dostali drgawek. Trzymani za ręce plątali się między tłumem. Dziwna ta zabawa w ciuciubabkę pomyślałem. Ludzie się do nich przepychali, dotykali jak bóstwa jakiegoś, wciskali im w ręce banknoty. Próbowałem zdjęcie zrobić, ale tłum mnie szybko doinformował, że tutaj zakaz fotografii obowiązuje. Po chwili, między tłum wprowadzono woła. Wsiadło na niego pięciu chłopa, powaliło na ziemię i normalnie na żywca mu głowę odcięli. Facecie cali czerwoni od bulgoczącej z krtani krwi, te niby babcie w tej krwi na bosaka pląsały, jedna udawała, że tą krew pije, albo i piła, już sam nie wiem. Masakra. Aż mi się niedobrze zrobiło. Myślałem przez chwilę, że ten rytuał wzbogacę jeszcze zjedzoną na śniadanie mielonką z pomidorem.

Pozbawieni apetytu, zamknęliśmy się w hotelowym pokoju, zasłoniliśmy okna i wszyscy w jednej chwili zapadliśmy w popołudniową drzemkę.

To nie był jednak koniec zwiedzania na dzień dzisiejszy. Budzik bezlitośnie odezwał się o 4:00, ale zamiast go wyłączyć podsunąłem go tylko pod Wojtka ucho. Na parterze naszego hotelu wsunęliśmy w biegu po porcji frytek. Tzn. my z Magdą wsunęliśmy frytki, bo Wojtek przecież nie po to leciał pół świata żeby takie pospolite dania wcinać. On na obiad dostał dwie wielkie somosy.  Ruszyliśmy  tym razem na wschód miasta, żeby zachód podziwiać przy Pashupatinath Temple , gdzie podobno można podejrzeć jak się tu żegna zmarłych paląc ich zwłoki nad brzegiem rzeki. Po pół godzinnym spacerku, w tempie jakiego Forest Gump by się nie powstydził, doszliśmy na miejsce. Żebyście mogli zobaczyć miny zdyszanych Magdy i Wojtka, gdy się okazało, że do świątyni wstęp mają tylko lokalni wierni. No dobra, przyznaje się, czegoś nie doczytałem, coś poplątałem. A może to nie ta świątynia, a może kiedyś można było, a że przewodnik z 2009 to się tu trochę pozmieniało, nie wiem.

Buntowali się trochę jak ich namawiałem na plan B. Jeszcze kilka kroków, no może kilka…set, no może trochę więcej i mieliśmy następną świątynię. A że słońce było już całkiem czerwone od tej chmury smogu i do zachodu zostało już nie za dużo czasu, musieliśmy podkręcić tempo wycieczki. Z językami na brodzie, ale się udało. Gdy doszliśmy do Stupy Bodnath było jeszcze jasno. A okazało się, że to chyba najbardziej klimatyczna ze wszystkich stup w Katmandu. Wielka, biała, obowiązkowo z oczami Buddy i złota koroną. A wokół niej krążący zgodnie ze wskazówkami zegara tłum. Świeczki, kadzidła, purpurowe szaty mnichów. Recytowane modlitwy, przerywane co jakiś czas głosami trąb, poprzedzającymi uderzenia w wielkie modlitewne bębny. Dziwne było tylko otoczenie placu wokół stupy. Tam gdzie można byłoby się spodziewać kapliczek, murów były sklepiki, hotele, kawiarnie. Można było sobie zamówić Cappuccino i patrzeć z góry na zapadający zmrok i ten modlący się w dole  tłum.

Na powrót z buta nie było już chętnych. Chwila targowania i już siedzieliśmy w jednej z białych taksówek, która wiozła nas z powrotem na Thamel. Głodni jak wilki poszliśmy do małej, sprawdzonej przez nas wcześnie knajpki z lokalnymi przysmakami. My zamówiliśmy po porcji warzywnych momo (to takie pierożki z nadzieniem doprawionym curry), a Wojtka namówiliśmy na Dal Bath’a. To chyba najczęściej jadane danie w Nepalu. Ryż, curry, kilka zakwaszonych warzyw i do tego miska zupy z soczewicy. Miejscowi ten zestaw jedzą rękami, ja za nic nie umiem sobie bez łyżki poradzić. O ile jeszcze ryż jakoś daję radę chwycić w garść o tyle jak już go poleję dalem (tą zupką) to nie ma opcji żeby mi przez palce nie przeleciał. Dal Bath to też świetny wybór dla głodomorów, bo to chyba jedyne danie z menu, do którego zawsze w cenie dostaje się dokładkę.

Przy kolacji spotkała też nas bardzo miła niespodzianka. Kilka stolików dalej siedziała grupka Polaków. Choć nie jest to już taka rzadkość jak w Chinach na przykład to jednak zawsze miło nam się robi jak słyszymy głosy rodaków. Pozdrowiliśmy się znad momosów i wróciliśmy do konsumpcji. Po chwili jednak jeden z rodaków podszedł do nas i powiedział z szerokim uśmiechem, ja to was znam. Bloga waszego czytam, Tomka poznałem po czuprynie. Ależ nam się miło zrobiło, zatkało nas, pierwszy raz ktoś nas tak nieznajomy rozpoznał. Ado tego Aldek, kojarzył nawet Wojtka z czasów jak razem z Piotrkiem jechali z nami motorami przez Peru. Mega sympatyczne spotkanie na koniec dnia.

Dobrnęliście do końca? Gratulacje, dzień pierwszy za nami. Do końca urlopu Wojtka jeszcze tylko 11 takich.

Kathmandu
Sprzedawca bananów na Thamel.
Kathmandu
Szykowanie kurczaków.
Kathmandu
Dostawa towaru.
Kathmandu
Świece na sprzedaż pod Swayambhunath.
2014 03 30_z2strony_Kathmandu_page01
Swayambhunath
Kathmandu
Mnisi przy stupie Swayambhunath.
Kathmandu
Mniejsze stupy w okolicy Swayambhunath.
Kathmandu
Małpiszony.
2014 03 30_z2strony_Kathmandu_page02
Okolice Swayambhunath.
Kathmandu
Główna atrakcja Durbar Square.
Kathmandu
Rzeźbione dachy na Durbar.
Kathmandu
Durbar
Kathmandu
Bóg Bhairav.
2014 03 30_z2strony_Kathmandu_page03
Rytuał ofiarowania.
Kathmandu
Mniszka modląca się pod Stupą Bodnath.
2014 03 30_z2strony_Kathmandu_page04
Składanie darów mnichom pod Bodnath.
Kathmandu
Stupa Bodnath.
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Dora pisze:

    Przeczytałam jednym tchem. Już czekam na te kolejne 11 😀 ale ten rytuał to masakra jakaś i odechciało mi się kolacji…. Poza tym świetny wpis. Pozdrawiam!

  2. Zdania pięknie ubrane, a Ci ludzie składający ofiarę- do dzisiaj mi się śnią ich twarze, całe we krwi 😉

  3. kanoklik pisze:

    Ah, fajnie się Was czyta. Od mojej podróży do Nepalu minęły już 4 lata, faktycznie na zwiedzanie Nepalu dobrze jest mieć duuuuużo wolnych dni 🙂

  4. Bardzo nam się przyda ten wpis 😉 Na pewno jeszcze do niego wrócimy w najbliższym czasie, gdy już dojedziemy do Nepalu. Pozdrawiamy z Bombaju.

    • Magda i Tomek pisze:

      My się na Indie rowerem nie zdecydowaliśmy. Twardziele z Was:) Bawcie się dobrze i uważajcie na siebie na tych szalonych drogach.

  5. Patrycja pisze:

    Świetny wpis, nie mogłam się oderwać od czytania! Będę do Was zaglądać częściej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »