NEPAL!NEPAL!NEPAL!

Marzec 6 | w Nepal | przez | 8 Comments

2014 03 02_z2strony_Bandipur_P2200024

Ah, tak bardzo nie mogliśmy doczekać się tego miejsca. Nepal! Himalaje! Mustang! Ciągle brzmi magicznie i niewiarygodnie. Ale z tym „nie mogliśmy się doczekać” zawsze wiąże się spore niebezpieczeństwo. Czy nasze wyobrażenia o pięknie i niepowtarzalności nie są przesadzone? Czy może przypadkiem rozczarujemy się, bo zbyt dużo, już na wstępie, wymagamy? Nie wiem, ale o tym na pewno napiszę za 3 miesiące, bo na tyle w Nepalu zostajemy. Natomiast to co spotkało nas zaraz po wylądowaniu, wróży dobrze, powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze.

Lotnisko w Katmandu wygląda jak polski dworzec autobusowy w stylu PRL-u w dobie głębokiego komunizmu, gdzie zapomnieli odmalować ściany, wstawić szybę, a pani kasjerka, w tym wypadku pan celnik, siedzi w boksie zrobionym ze sklejki. Nie ma tu ruchomych schodów, nie ma wielkich, cyfrowych obrazów, nie ma półek obstawionych perfumami, alkoholami i workami słodyczy. W zasadzie, to nic tu nie ma. Nijak ma się to lotnisko do tych szklanych, olbrzymich budynków, pod którymi podpisują się sławni architekci. To lotnisko jest bardzo wymowne. To lotnisko szczerze, bez obłudy, bez cienia przesady i bardzo dosłownie krzyczy wielkimi literami „Witamy w Nepalu”, dodając w nawiasie: „Bieda nie zabrała nam uśmiechu z twarzy”.

Nasze kokony, z których za chwilę miały wykluć się rowery zostały obstąpione, a w zasadzie oblepione Nepalczykami. Skąd w jednej sekundzie, tylu się ich tu wzięło? Nie ma czegoś takiego jak dystans. Podchodzą do mnie, do Tomka na odległość 2 centymetrów i nie zamierzają odejść. Lekko mnie to krępuje, ale chyba muszę się przyzwyczaić. Wciągu kilku sekund ktoś zorganizował żyletkę by nam się łatwiej folię rozcinało i w ciągu kilku minut nasze rowery zostały dokładnie obmacane, obadane, obejrzane i sprawdzone czy aby rama odpowiednio jest twarda i czy dzwonek dobrze dzwoni, przez kilkudziesięciu miejscowych specjalistów.

Droga z lotniska do centrum miasta zazwyczaj kojarzy mi się z szerokimi ulicami, dwupasmówkami, zakazem wjazdu rowerów, kilkunastominutową przejażdżką taksówką lub podziemną kolejką za 10 razy większą cenę niż zwykłe metro. W Nepalu, w Katmandu po minucie od opuszczenia lotniska, wystarczy, że miniesz rondo zarośnięte wysuszonymi od spalin badylami, dostajesz Nepalem w twarz, pięścią klaksonów, tumanów kurzu, rozklekotanych samochodów, śmieci walających się wszędzie i krowami lezącymi przez jezdnię, prosto między oczy.

Im dalej wcale nie jest lepiej. Dochodzą tłumy, tabuny, armia ludzi. Uliczki coraz węższe, dołki coraz głębsze. Nie uświadczysz tutaj świateł, zielone jedziesz, czerwone stoisz. A gdzie tam! Kto pierwszy, kto większy, kto głośniejszy. Zawahasz się, zwolnisz, już po tobie. Tutaj nie ma miejsca na kulturę, wyrozumiałość, że starszy człowiek, że o lasce, że może by go przepuścić.

I chociaż w normalnych warunkach byłabym wściekła na całą tą bezmyślność, ten beznadziejny chaos wynikający z ludzkiej głupoty, w tamtej chwili byłam nim rozbawiona i zauroczona. Może to ten zapach kadzideł, może to te kolorowe sari kobiet, może to te kapliczki, a może uśmiechający się do mnie kierowcy skuterów. Nie wiem, ale pomimo tego całego syfu i zamieszania, chciałam brnąć w to wszystko dalej i głębiej, chłonąć, poznawać, gapić się, wąchać.

Wieczorem poszliśmy na kolację. Weszliśmy do pobliskiej restauracji by spożyć mo mo (nepalskie pierogi), za całe 2 złote od talerza. Weszliśmy do środka i oboje stanęliśmy jak wryci. To musi być statua jakaś. Ale zaraz, przecież się rusza. O kurde on jest żywy! Siedział na samym końcu, przy ostatnim stoliku. W kolorowych szatach, długą brodą, kropką nad oczami i drewnianym kijem w ręku. Sadhu! Chociaż tyle razy widziałam go na zdjęciu, w rzeczywistości dalej wyglądał nierealnie i niesamowicie magicznie. A gdy po jakimś czasie podszedł do nas i przywitał się słowami „Namaste” myślałam, że padnę pod stół. Ten posąg z końca stali przemówił, ten kolorowy staruszek z fotografii przemówił. To chyba był ten moment kiedy naprawdę poczułam, że Nepal to będzie zupełnie inny wymiar.

Postanowiliśmy jednak chwilę odczekać. Schowaliśmy się w hotelowym pokoju i przez dwa dni ukrywaliśmy się przed Nepalem. Może trochę to dziwnie zabrzmi, ale tak właśnie było. Potrzebowaliśmy chwili by przetrawić Chiny, by je sobie poukładać w głowie, raz jeszcze przemyśleć. Wychodziliśmy tylko po to, by coś przegryźć. A że w Nepalu ceny spadły jakieś 3 razy w dół w porównaniu do Chin, to mogliśmy raczyć się w restauracjach z obrusami. To nic, że lekko poplamionymi, że mucha w cukiernice i że szklanka niedomyta. Za to kelner uśmiechnięty od ucha do ucha, jedzenie pyszne, a rachunek 5 złotych i 20 groszy.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Ahhh, co Wy mi zrobiliscie w tym momencie! Jade pociagiem z Town Hall i czytam Wasz tekst. Malo tego, czuje jakbyscie moje wlasne mysli i wspomnienia przelali na „papier”, tylko zmienic Nepal na Ladakh (no i rowerow nie bylo… dobra – byl przez jeden dzien). Rozkoszujcie sie, piszcie i robcie zdjecia! 🙂 Znieczuli mnie to troche w oczekiwaniu na przyszlą himalajska wyprawe.

  2. Kasia Jaskolska-Thanesh via Facebook pisze:

    Aaaach pięknie:-)

  3. uuuuu…fantastico! więcej, więcej, więcej!!! 🙂

  4. Kasia pisze:

    A ja zdjęcia poproszę!!! 🙂 I serdecznie pozdrawiam, jak zwykle!!! ;D

  5. Kasia pisze:

    hej, jak dobrze ze tam jestescie – poradzcie pls jak dostac sie tanio z lotniska KTM do miasta i może jakiś pierszy nocleg gdzie by najlepiej i budzetowo? 🙂 będe wdzieczna wybiaram sie pod koniec kwietnia:) to może się jeszcze zobaczymy? pozdrowienia. Kaśka

    • Magda i Tomek pisze:

      Hej Kasia,
      co do dojazdu z lotniska, to my rowerkiem przejechaliśmy, 5km tylko! Ale patrząc na ceny w Nepalu, to nie sądzę, żeby taksówka korztowała fortunę. Ale daj nam chwilkę, bo za tydzień braciszek przyjeżdża i pewnie taksę weźmiemy, to się o cenę dowiemy. Ale jak nie masz ciężkiego bagażu i naprawdę chcesz budżetowo, to może na piechotkę, do Thamel (turystyczna dzielnia) daleko nie jest jakieś 5km. A jaka egzotyka już na wstepie:):):)
      Co do noclegu to my nocowaliśmy w Himalayan Travellers Inn w Thamel do 700rupii stargowlaiśmy, ale w tej okolicy znajdziesz spokojnie coś za 500, 400 i jak wolisz czystość to za 1000:):);).
      A my do połowy maja jesteśmy w Nepali, duże więc szanse na spotkanie mamy:)
      Pozdrawiamy i z ta taksą jeszcze damy znać,
      Magda i Tomek

  6. Robert i Gośka pisze:

    Witajcie!
    Wczoraj czytaliśmy wywiad z Wami na Gazeta.pl
    Ja jak zwykle tak się wzruszyłam, że słów ni brak. Gratulujemy nominacji do nagrody w katergori: Podróżniczy blog roku 2013 (Cztery żywioły 2014). Trzymamy mocno kciuki. Ściskamy i mocno całujemy!!!!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »