Dziennik trudnej historii

Maj 13 | w Nepal | przez | 8 Comments

Everest

Do tej pory nie mamy pojęcia co tak naprawdę stało się z Tomasem. Nie wiemy w którym kierunku poszedł, jaki miał plan, dlaczego nie wrócił na noc do schroniska. Wiemy jednak jak wyglądały jego poszukiwania, co zostało zrobione, czego nie zrobiono. Zobaczmy więc jaki wpływ działania miejscowych, nasze działania, miały na malejące szanse Tomasa. Godzinami wyobrażaliśmy sobie co się z nim stało, co teraz robi, gdzie się ukrywa gdy go szukamy pod Nangkar Tshang. Żeby Wam się fikcja z faktami nie pomieszała, o tej pierwszej będę pisał kursywą (to tylko nasze wyobrażenia, najbardziej prawdopodobny, mogłoby się wydawać, scenariusz. Historia oparta na skrawkach wydarzeń spisanych w jego dzienniku, domysły wysnute po tym jak obejrzeliśmy pozostawione przez niego rzeczy, próba odgadnięcia ruchów człowieka, którego się prawie nie zna)

Niedziela 20 kwietnia

To nie był ciężki dzień. Mając przed sobą 5 godzin z Tengboche do Dingboche Tomas nie musiał się spieszyć. Dzień zaczął od papierosa, później, jeszcze przed śniadaniem, poszedł do klasztoru. Posiedział chwilę w pustej sali, która poprzedniego dnia była pełna mnichów, pełna modlitwy, zapachu kadzideł. Wrócił do pokoju, odpalił kuchenkę i zrobił sobie śniadanie. Dopił herbatę, spakował wszystko do plecaka, zapłacił za pokój i ruszył w drogę. Piękna pogoda, na niebie żadnej chmurki , coraz więcej białych szczytów pojawiało się na horyzoncie. Nie było najmniejszego powodu żeby się spieszyć. Tomas człapał powoli, uśmiechnięty gapił się na każdego mijanego jaka. Do Dingboche doszedł po południu. Zatrzymał się w pierwszym schronisku w wiosce. W Snow Lion Lodge zamówił Dal Batha, gorącą wodę z cytryną. Zamienił kilka słów z Rosjanami, zapalił ostatnią fajkę tego dnia i poszedł spać.

W Snow Lion Lodge tego wieczoru był tłum. Gdy jest trochę luźniej właścicielka ma czas na to żeby pogadać to z jednym to z drugim turystą. Podpytać skąd przyszli jakie mają plany. Niestety nie tym razem. W niedzielę wszystkie pokoje były zajęte. Masa ludzi, masa zamówień, masa pracy. Jedyne co Mingma pamięta to, że wołała Tomasa na kolację, gdy ten przed schroniskiem palił papierosa. Jego córka wspomina jeszcze, że po 19:00 wstał od stołu, powiedział dobranoc i wyszedł z jadalni. To był ostatni raz kiedy widziano Tomasa.

Poniedziałek 21 kwietnia

Niby się chłopak nie spieszył przez te ostatnie dni. Zgodnie z tym co było napisane w przewodniku nie pokonywał w ciągu dnia jakichś szalonych wysokości. Powoli się aklimatyzował, stopniowo wchodził codziennie kilkaset metrów wyżej. Ale jednak tej ostatniej nocy nie spał dobrze. Może to ta mniejsza ilość tlenu (w końcu to już 4410 n.p.m.), a może po prostu za wcześnie wczoraj poszedł spać i dlatego obudził się już o 4 i już nie mógł usnąć. Wyszedł rano na papierosa, spojrzał w kierunku Nangkar Tshang i pomyślał, że jak się pospieszy jest szansa, że stamtąd może podziwiać wschód słońca. Wrócił do pokoju zrobił sobie śniadanie, wziął w kieszeń telefon, żeby zrobić kilka zdjęć i ruszył pod górę. Nie brał plecaka, mapy, nawet wody nie wziął. Przecież za max 3 godziny miał być z powrotem w pokoju. Było około 5, wystarczająco jasno żeby nawet czołówki nie brać, a jednocześnie wystarczająco wcześnie, żeby nikt rano nie zauważył w którym kierunku idzie.

Z każdą minutą robiło się coraz jaśniej, więc żeby załapać się na widok szczytów oblanych pomarańczowym słońcem, Tomas musiał się spieszyć. Robił długie kroki tymi swoimi długimi nogami i piął się pod górę. Na szczycie był kilka minut po 6, wynik godny maratończyka. Widok, który miał przed sobą zapierał dech w piersi. W przenośni, ale i dosłownie, oddychać nie było łatwo. W ciągu godziny wbiegł z 4410 na ponad 5000m n.p.m. Nie miał aparatu, tylko telefon, którym mógł zapisać tę chwilę pstrykając fotkę z rączki. Ustawiał właśnie kadr z Ama Dablam w tle, zrobił o jeden krok za dużo, a może zasłabł, zakręciło mu się w głowie… Spadł ze skalnej półki lądując kilkanaście metrów niżej wciśnięty w szczelinę pomiędzy wielkimi głazami. Odzyskał przytomność dopiero po kilku godzinach i z przerażeniem zauważył, że nie jest w stanie ruszać nogami. Nie ważne jak by się koncertował, ani prawa, ani lewa stopa nie chciała drgnąć. Ręce miał zbyt słabe żeby wydostać się z pułapki. Krzyczał, wzywał pomocy, ale nie słyszał żadnej odpowiedzi. Godziny mijały bardzo powoli, słońce przesuwało się po horyzoncie, najpierw go oślepiając, później schowało się za skalną ścianą. Robiło się coraz zimniej, ciemniej, przerażająco. Tomas bał się usnąć, był pewien, że jak zamknie oczy to będzie jego koniec.

Przy dziesiątkach nowych twarzy Mingma – właścicielka schroniska nie zauważyła braku Tomasa. Dopiero wieczorem przeglądając rachunki poszczególnych pokoi zauważyła, że turysta spod siódemki nic dzisiaj nie zamawiał. Nie było go na śniadaniu, obiedzie, ani kolacji. Dodam tylko, że w tych okolicach warunkiem otrzymania pokoju bardzo tanio jest właśnie stołowanie się w schronisku, w którym się śpi. Ok 19:00 zapukała do drzwi, nikt nie odpowiadał. Kolejny raz pokój sprawdziła ok 21:00, z tym samym skutkiem. Tomas nie wrócił na noc. My nie mając pojęcia o jego zaginięciu spędzamy tą noc w tej samej miejscowości, kilkadziesiąt metrów dalej, w schronisku Tashi Delek.

Wtorek 22 kwietnia

Temperatura w nocy spadła poniżej zera. Tomas robił wszystko żeby choć trochę się rozgrzać. Tarł rękami ciało jak szalony, dopóki miał na to siłę. Minuty, godziny płynęły tak cholernie wolno, a on nie miał żadnego pomysłu na to jak może sobie pomóc. Gdyby był w stanie się wyczołgać, dosięgnąć leżący kilka metrów dalej telefon. Jednak te kilka metrów teraz to kosmiczny dystans. Najgorsza była godzina tuż przed wschodem słońca, Tomas trząsł się jak galareta, czekając na pierwsze promienie słońca. A gdy już to było całkiem wysoko nad horyzontem, spojrzał mu w oczy kolejny wróg, może nawet poważniejszy niż mróz. Nie miał przy sobie nawet łyka wody. Już nie tylko usta miał zaschnięte, ale i kompletnie suchy język nie pozwalał mu mówić. Był wściekły, gdy słysząc na górze turystów nie był w stanie krzyczeć. Próbował klaskać, walić rękami w skałę, nic… Zmęczył się tylko, stracił kolejny raz kontakt z rzeczywistością, usnął na długie godziny. Gdy się obudził było już szaro, robiło się ciemno. Był zły na siebie, był pewny, że ktoś tu obok przechodził, szukał go na pewno, a on zamiast machać rękami, spał. Bał się tej nocy, nie miał już siły walczyć z mrozem, a temperatura z każdą minutą spadała coraz niżej i niżej.

To jest dzień kiedy dowiadujemy się o zaginięciu Tomasa. Rano, po drodze na przełęcz Kongma La spotykamy parkę Nowozelandczyków, którzy proszą żebyśmy mieli oczy szeroko otwarte, bo gdzieś tutaj w okolicy może być Słowak, który nie wrócił na noc do schroniska, w którym oni nocowali. Od słowa do słowa, okazało się, że to nie jakiś Słowak, a Tomas, ten kudłaty, przesympatyczny człowiek, którego poznaliśmy pod Annapurną, ten z którym bawiliśmy się na Holi w Pokharze. Kiwi mieli się rozejrzeć w drodze do Island Peak, my chcieliśmy sprawdzić przełącz. Byliśmy pewni, że najbliższe okolice schroniska będą przeszukane przez miejscowych. Zafundowaliśmy sobie tego dnia naprawdę trudne przejście. Długie podejście, dwie godziny na ponad 5 tysiącach, mega strome zejście po osuwających się kamieniach, a na koniec jeszcze godzina przejścia przez lodowiec Khumbu. Gdy już doszliśmy do Lobuche ledwo staliśmy na nogach. I pewnie usnęlibyśmy ekspresowo, gdyby nie to co usłyszeliśmy dzwoniąc do Snow Lion Lodge. O zaginięciu Tomasa policja została poinformowana dopiero po 16:00, nikt go nie zaczął szukać, nikt nie otworzył jego pokoju, żeby poszukać choćby najmniejszego śladu, który wskazałby kierunek w którym poszedł. Tomas w tej sytuacji pozostał absolutnie sam. Musieliśmy czekać do 21:00 żeby w jednym ze schronisk móc się połączyć z Internetem. Poinformowaliśmy honorowego konsula słowackiego o całej sytuacji i zdecydowaliśmy, że następnego dnia jak tylko zrobi się jasno wracamy do Dingboche.

Środa 23 kwietnia

Tomas jest silnym facetem, chudym, ale silnym. Każdy gram energii jaki mu został spożytkował na utrzymanie otwartych powiek. Robił wszystko, żeby w tym mrozie nie odpłynąć , nie usnąć, nie poddać się. W nocy temperatura spadła do -5, może -7 stopni. Niby nie był to jakiś ekstremalny mróz, ale w tym bez ruchu prawie nie do wytrzymania. Ten mróz, przeszywał, szarpał, bolał. Nad ranem jakby odpuścił. Tomasowi zaczęło się robić niemal ciepło, absurdalnie ciepło bo wiedział, że to właśnie najzimniejsza pora całego dnia. Zaczął odpływać, tracić kontakt z rzeczywistością.

Z Lobuche wybiegliśmy bladym świtem i już ok. 8:00 byliśmy w Dingboche. Potwierdziło się to co usłyszeliśmy wczoraj przez telefon. W sprawie Tomasa nie zostało zrobione absolutnie nic. Mało tego, jak się okazało, w Himalajach nie ma żadnego ratownictwa górskiego, żadnego telefonu, pod który moglibyśmy zadzwonić i uruchomić poszukiwania. Jedyną nadzieją był helikopter, który poderwać do góry mogła jednak tylko kasa. Konsul miał już dane Tomasa, jego imię, nazwisko, adres. Byliśmy pewni, że to kwestia godzin i rodzina na pewno zdecyduje się na poszukiwania z powietrza. My tym czasem zajęliśmy się tym co działo się tu, na dole. Otworzyliśmy pokój Tomasa, pomarańczowy śpiwór leżał rozciągnięty na łóżku, pod nim kuchenka gazowa, na stoliku wszystkie potrzebne w górach pierdoły. Czołówka, mapa, przewodnik, wszystkie dokumenty. Nie wziął ze sobą nic. To wszystko wyglądało jakby wyszedł na fajkę i został porwany przez kosmitów.

Ja z dwoma lokalnymi Sherpami poszedłem szukać Tomasa pod Nangkar Tschang. Obeszliśmy górę dookoła, sprawdziłem szczyt, wyjrzałem za każdą skalną półkę, nie było po nim śladu. Zeszliśmy na dół. W życiu nie brałem udziału w takich poszukiwaniach, ale wiem, że to nie tak powinno wyglądać. Dwóch Szerpów wspomagających się po drodze browarkiem, bez lornetek i ja, turysta wdrapujący się po ścianach w kompletnie obcym terenie. Wieczorem spotykamy się jeszcze w przedstawicielem Himalayan Rescue Association. Jak pierwszy raz usłyszałem ta nazwę, pomyślałem – super, jest w końcu coś, ktoś kto wie jak poszukiwania powinny wyglądać, ktoś kto przejmie temat, zorganizuje poszukiwania z prawdziwego zdarzenia. Niestety okazało się, że to ich Rescue ogranicza się do pakowania turystów do helikopterów. Kilku lekarzy, wolontariuszy z Europy, ot całe Association. Powiedzieli, że jutro wyślą dwóch duńskich lekarzy, którzy sprawdzą okolice jeziora na południe od Dingboche. Dobre i to.

Czwartek 24 kwietnia

Tomas już nie odzyskuje przytomności. Odwodnienie, hipotermia powoli zabierają go z tego świata.

Gdzie ten pieprzony helikopter? Dlaczego rodzina nie zdecydowała się poderwać maszyny, która jest jedyną szansą na odnalezienie Tomasa? Dzwonimy do konsula i pytamy co jest grane, a on nam na to że on nie jest uprawniony do informowania rodziny i przekazał sprawę do słowackiej ambasady w Dehli. Ku…wa! Naprawdę?! Dwa dni temu daliśmy mu wszystko czego potrzebował żeby namierzyć rodzinę! Znaleźliśmy schronisko z Internetem, wpisaliśmy w Googlach Tomasa dane i zaczęliśmy dzwonić do jakiegoś ginekologa o tym samym nazwisku. Okazało się, że to Tomasa wujek. Po angielsku znał tylko kilka słów, nie mogliśmy się dogadać. Próbowaliśmy po polsku, ale też bez powodzenia. Nasza rozmowa ograniczała się do: Tomas ok? Tomas not ok! Przetłumaczyliśmy prostą wiadomość na słowacki i wysłaliśmy sms-a z prośbą o kontakt z konsulem. Po godzinie otrzymaliśmy potwierdzenie, że jutro do poszukiwań włączy się helikopter zamówiony przez rodzinę. Około południa do Snow Lion Lodge przyszedł mundurowy. Zapytałem go co policja zrobiła w ciągu dwóch dni od ich powiadomienia, odpowiedział, że spisują protokół. Masakra! Zostawiliśmy go z jego papierkami i poszliśmy jeszcze raz na szczyt, wzięliśmy lornetkę i jeszcze raz przeczesaliśmy okolicę. Oczy wlepione w skalną ścianę metr po metrze analizowały każdy kamień. Czy ten czarny punkt to cień, czy kurtka, czy ten dziwny kształt to but czy tylko mniejszy kamień, i tak godzinami. Beznadzieja. Patrzyliśmy na krążące w powietrzu sępy i zastanawialiśmy się, czy one już wiedzą gdzie jest Tomas.

Piątek 25 kwietnia

Tomasa już nie ma. Zostało tylko jego ciało ubrane w czarną kurtkę, ciemne spodnie. Przysypany śniegiem ostatniej nocy do złudzenia przypomina kamień.

Rano z Katmandu wyleciał helikopter z konsulem na pokładzie. Godzinę zajął mu przelot do Pheriche gdzie dosiadł się miejscowy Szerpa i lekarka z HRA. I w takim składzie 2 godziny sprawdzali teren wokół Dingboche. Gdy po wylądowaniu spytaliśmy duńską lekarkę, czy jej zdaniem poszukiwania były właściwie przeprowadzone, czy miały sens po śnieżnej nocy, powiedziała, że była zaskoczona, że z helikoptera tyle widać. Ręce załamaliśmy. Czyli w poszukiwaniach uczestniczyli: lekarka (pierwszy raz lecąca helikopterem), konsul (raczej nie specjalista od akcji ratowniczych) i miejscowy góral. Rodzina na tę atrakcję wydała ponad 20 tys. zł. z czego 1/3 to było za dowiezienie konsula z Katmandu.

Sobota 26 kwietnia

Zdecydowaliśmy się zejść do Namche, gdzie była najbliższa drukarka i możliwość przygotowania plakatów z jego buźką. Chcieliśmy też zajść na policję i zorientować się co oni do tej pory zrobili. Zachodziliśmy po drodze do każdego schroniska pokazując zdjęcie Tomasa, pytając czy może tu się zatrzymał, z kimś rozmawiał, mówił komuś o swoich planach. Kilka osób go kojarzyło, pamiętali go mnisi z Tengboche, ale w każdym miejscu byliśmy pierwszymi osobami, które pytały o Tomasa. Nawet na punkcie kontrolnym, gdzie wojskowi sprawdzali każdego turystę idącego szlakiem, nie mieli pojęcia o zaginięciu Tomasa. Żadnych plakatów, nic. Jak się później okazało, jedyne co policja zrobiła to zniesienie Tomasa plecaka do Namche. Aferę na posterunku zrobiliśmy taką, a właściwie Magda zrobiła, że myślałem, że nas zaaresztują. Pomogło, kolejnego dnia rozwiesili i oni kilka plakatów, wysłali dwóch policjantów w okolice Dingdoche – bohaterzy!

Nie bardzo wiedzieliśmy co jeszcze można było zrobić. Zatrudniliśmy Szerpów, którzy mieli doświadczenie w poszukiwaniu zaginionych, zaaranżowaliśmy kolejne poszukiwanie helikopterem, tym razem z najlepszej firmy, z najlepszym pilotem i odpowiednimi ludźmi na pokładzie. Rozwiesiliśmy setkę plakatów z jego portretem na trasie trekkingów. Z siostrą Tomasa rozmawiałem na Skypie codziennie. Nie miałem dobrych wieści, ciągle nic, żadnego śladu. Sandra pytała co jeszcze możemy zrobić, nie znałem odpowiedzi.

Do poszukiwań, na prośbę rodziny, dołączyła para himalaistów. Świetni, doświadczeni ludzie gór, którzy dzień po dniu, metr po metrze sprawdzali kolejne ściany, kolejne granie. Po tym jak rodzina wyznaczyła nagrodę za znalezienie Tomasa miejscowi tez mieli motywację, wychodzili w góry każdego dnia. Po tygodniu przyleciała też siostra i brat Tomasa, wtedy my się wycofaliśmy spod Everestu. Poszukiwania trwały jeszcze 3 tygodnie. Tomasa nie odnaleziono.

O tym czego nauczyła nas ta trudna historia możecie przeczytać TUTAJ.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Kasia Jaskolska-Thanesh via Facebook pisze:

    Strasznie smutna ta historia

  2. Agnieszka Kaim via Facebook pisze:

    Julka Kluzowicz

  3. So sad, najgorsza jest bezradność …

  4. Sandra Dylik via Facebook pisze:

    🙁

  5. Danuta pisze:

    Szacunek sie Wam nalezy za te cala koordynacje poszukiwan! Zrobiliscie kawal dobrej roboty i juz wiecej chyba sie dalo… Smutna ta historia, szkoda chlopaka i jego rodziny, ale moze dzieki Wam cos sie zmieni – w glowach turystow oraz miejscowych.

  6. Niesamowicie smutna historia….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »