Pod Everestem

Maj 3 | w Nepal | przez | 18 Comments

Everest

Na Everest prowadzą dwie drogi. Wersja de luxe to samolot z Katmandu. Godzinka czy dwie i lądujesz w Lukla i ruszasz na trekking. No właśnie, najpierw musisz jednak wylądować. Pas startowy, to nie jakiś tam zwykły, nudny, pasek płaskiego asfaltu. Ten tutaj uznany jest za jeden z najniebezpieczniejszych na świecie. I jak tam byłam i patrzyłam, to chyba się temu stwierdzeniu za mocno nie dziwiłam. Nie dość, że krótki bardzo, pochyły, zakończony pionową skałą to jeszcze ruch tutaj jak na Marszałkowskiej. Tylko rano, bo warunki tu muszą być idealne i popołudniu już żaden nie ma odwagi tu przylatywać. Od wschodu słońca samoloty lądują tu i startują co minutę, a pomiędzy tymi minutami wciskają się jeszcze podchodzące do lądowiska obok helikoptery.

Druga opcja to autobus z Katmandu do Jiri, czy Shivalaya, a stamtąd jedyne 4-5 dni drogi piechotą do Lukla. Ta wersja jest dla tych biedaków, których na lot stać nie było (czytaj Magda i Tomek) albo dla łazików uwielbiających męczyć się w iście górskich warunkach (czytaj Magda i Tomek). Nie jest to trasa jakoś bardzo ekscytująca, ale przyznać trzeba, że mniej komercyjna, spokojniejsza, jakby naturalniejsza, zdecydowanie tańsza. Daleko jeszcze jesteś od białych szczytów, idziesz lasami, łąkami, od jednej wioski do kolejnej. Od Ringmu dołączają na trasę jeszcze muły, które do Lukla wnoszą towar przywieziony jeepami do Salleri. (Dla lubiących ekstremalne przeżycia jest też opcja tam dojechania jeepem z Katmandu – 17h skakania na wybojach) Wracając do mułów, nie mam nic przeciwko tym sympatycznym zwierzakom, ale tutaj jest ich naprawdę dziesiątki i każdy trasę urozmaica swoimi odchodami. Idziesz więc tak pod górę, próbujesz oddech złapać, a tu cię zatyka od podgrzanego na słońcu kału, albo jak masz więcej szczęścia dostajesz prosto w twarz pierdem mijającego ciebie zwierzaka.

Jest jedna rzecz, która nas cholernie na trasie Shivalaya zirytowała. Idąc pod Everest wchodzimy do Parku Sagarmatha. Opłacić trzeba TIMS, bilet za wejście do rezerwatu, po 50 dolarów od głowy wychodzi. I to jest spoko, fair, rozumiemy. Idziemy na tydzień zwiedzania, o park trzeba zadbać, płacimy, nie dyskutujemy. Ale fakt, że szlak z Shivalaya jest tak ułożony, ze przez 2 godziny idziesz przez inny park, a tam jest bramka na której chcą cię skasować kolejne 20 dolców to już chamstwo jest. Na mapie wyglądało to śmiesznie żenująco, bo ewidentnie ktoś tak podciągną kreskę parku, zrobił cypelek, by i tych ze szlaku na Everest móc skasować po drodze. Takie rzeczy to chyba tylko w Nepalu. Mieć tupet i bez najmniejszych skrupułów kasować turystów 20 dolarów za dwie godziny marszu przez las. Wkurzyliśmy się strasznie, powiedzieliśmy co o tym myślimy, odwróciliśmy się na pięcie i wyszliśmy z parku. A skoro z niego wyszliśmy, to musieliśmy obejść granice, co niestety spowodowało 4 godziny dodatkowego marszu między poletkami, krzakami i stromymi urwiskami. Ale postawiliśmy na swoim.

Coś nam od początku trekking nie służył. Najpierw to nepalskie naciąganie, potem przyszła kolej na zatrucie. Niestety coś zjadłam, może wypiłam, nie wiem, ale czułam się okropnie, siódme mnie oblewały poty, słabłam i zółwiłam, tak jak nigdy wcześniej w górach. Dwa pełne dni biegałam od krzaka do krzaka, padając później na pysk przy kolejnych podejściach. Żeby jeszcze weselej było podeszwy nam od butów odpadły. Zahaczały o każdy kamień, a gdy napotkały trawę, to ją pożerały. Zębów sobie mało przez nie wybiłam. Do tego wszystkiego spadł jeszcze deszcz, który mułów kupy wlewał nam szerokim strumieniem do dziurawych butów, chmurzyska zasłoniły szczelnie góry dookoła. No mówię Wam, trekking marzenie.

Jedynym chyba plusem tej okolicy byli mnisi. Wędrowali z jednego zakonu do drugiego. Ciągle mijaliśmy się na szlaku, wspólnie zatrzymywaliśmy się na colę, a najstarszy z mnichów, trochę zaokrąglony, wesołe oczęta, bambusowy kij w ręku, bordowe szaty, nie miał najmniejszych skrupułów by się z nas nabijać. Uczył nas lokalnego języka i po każdym słowie, niezdarnie przez nas powtarzanym, pękał ze śmiechu. Cieszył się jak dzieciak i kazał powtarzać kolejne zwroty. Potem oczywiście, aż łzy mu ze śmiechu leciały.

Powyżej Lukla wszystko się zmieniło. Muły na trasie zastąpiły yaki. Kurde, jak ja uwielbiam te zwierzaki. Za każdym razem gdy się mijaliśmy na wąskiej ścieżce, miałam ochotę dopaść jednego i wtulić się w tą jego długą sierść, wytargać za czuprynę, dotknąć wielkie rogi. Yaki to są te stwory, które podbiły moje serce, zakochałam się w nich bezgranicznie.

Ludzi tez na szlaku było zdecydowanie więcej. Barwna mieszanka Amerykanów, Rosjan, Francuzów, Azjatów. Ci ostatni wiedli prym w górskiej modzie. Kapelusiki, maseczki, kurteczki, pierdołki. Kolorowiutko było, oj kolorowiutko. My ze swoimi zmęczonymi butami, wytartymi spodenkami i zdziadziałymi polarkami nie pasowaliśmy do otoczenia. No chyba, że szliśmy z tragarzami, bo oni potrafią na Base Camp wejść w sandałach i dziurawych jeansach. Nie dlatego, że im za gorąco w stopy, często nie stać ich na inne buty.

Są tacy co na te tłumy strasznie pomstują, ale bez przesady. Nie ma ich aż tak dużo żeby Everest przesłonić. Każdy tu spełnia marzenia swoje małe, chce podejść bliżej, choćby trochę posmerać po stopach najwyższą górę świata, zobaczyć te piękne widoki, opowiedzieć później w domu, że byli na tych 5 tysiącach z hakiem. Troszkę w Nepalu ścieżek schodziliśmy i przyznać musimy, że z tych co widzieliśmy, ta na Everest nie ma sobie równych. Szerokie doliny, białe szczyty wbite w kosmos, buddyjskie klasztory, tybetańskie młynki, bujające się na wietrze kolorowe, modlitewne flagi. A do tego dużo możliwości, żeby od tłumu uciec. Podejście pod Ama Dablam, przełęcze Kongma La, Cho La, Renjo La, mniejsze szczyty jak Nangkar Tshang, czy Chukhung Ri. Nie brakuje miejsc gdzie można od tłumów uciec i mieć Himalaje na chwilkę tylko dla siebie.

Nam planów trekkingowych pod Everestem nie udało się do końca zrealizować. Nie doszliśmy tam, gdzie zamierzaliśmy, bo splot różnych wydarzeń nam na to nie pozwolił, ale jedno wiem na pewno, że Himalaje są obłędne, a te tutaj szczególnie zachwycają. I nie będę narzekała na tłumy, bo i od nich można uciec, wystarczy pójść trudniejsza ścieżką, wystarczy wyjść wcześniej. Tłumy na Everest to nie problem, komercja może trochę denerwuje, ale patrząc na naturę, czując ją, dotykając jej, o tamtym po prostu łatwo zapomnieć.

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4240325

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4160044

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4180055

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4200086

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4200111

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4200116

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4200121

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4200125

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4210144

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4210155

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4210166

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220210

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220211

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220218

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220229

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220236

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220250

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220266

2014 04 30_z2strony_Everest BC_P4220245

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Magda pisze:

    Och ale tam cudnie!

  2. Pietia pisze:

    W zderzeniu z takim Pieknem wszystkie haftowo-gowniane aspekty Nepalu pewnie odchodza w niepamiec:) Przecudne zdjecia!!!!!

  3. Przepieknie 😉 Przypomina mi sie moj wlasny trekking do BC. Swietne zdjecia!

  4. Cel pisze:

    Jedno z moich wymarzonych miejsc do odwiedzenia, jednak boję się, że jeśli jeszcze trochę poczekam, to komercja całkowicie zaleje ten rejon, choć nie wiem, czy już się to nie stało, przynajmniej sam Everest, gdzie podobno kolejki na wejście są niewyobrażalne. Zazdroszczę wyprawy, piękne zdjęcia! Pozdrawiam ciepło, Cel

    • admin pisze:

      Ciągle jeszcze nie jest az tak źle pod warunkiem, że omija się sezony:):):) a poza sezonem pogoda tez dopisuje, więc polecam Everest szczególnie poza wrzesniem i październikiem:)

  5. Marek pisze:

    Zdjęcia i cała oprawa niesamowita ! 🙂

  6. Aleksander pisze:

    Zdjęcia są po prostu niesamowite . Moim marzeniem jest pojechać tam 🙂

  7. eryk pisze:

    Świetna relacja 🙂
    Ja ostatnio jestem na etapie oglądania i czytania wszystkiego o Evereście, chciałbym na razie pojechać na trekking, a później zobaczymy, może mi przejdzie fascynacja i nie będę próbował pchać się na sam szczyt, podobno na tych wysokościach bardzo łatwo stracić życie, ale kiedy człowiek siedzi w domowych pieleszach, jakoś to wszystko wydaje się mało prawdziwe. Muszę po prostu pojechać i się przekonać jak tam jest 🙂

  8. radek pisze:

    Ale świetna podróż.Też bym tak chciał i może w końcu się odkleję od krzesła i biurka, a jak to się stanie, to pojadę wszędzie 😉

  9. Krzysiek pisze:

    Czy nie ma zamieszania z nazwami w artykule? Shivalaya wg. googla jest położona w pobliżu Annapurny, czyli w dokładnie przeciwnym kierunku z Kathmandu niż Jiri (które leży w pobliżu masywu MtEverest). Shivalaya wspominacie jeszcze raz w akapicie dot. 20$ za wejście na 2h do parku w pobliżu Sagarmatha – to musiało być w pobliżu Everestu, zatem tym bardzij jestem zamieszany 🙂

    • Magda i Tomek pisze:

      Widać nie jedno Shivalaya jest w tych Himalajach:) To o którym tutaj mówimy jest na wschód Jiri 3,5h drogi szlakiem w kierunku Lukla. W Googlach znajdziesz tę wioskę pod takimi współrzędnymi 27.608548, 86.296530 Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »