Pogłaskać tygrysa

Październik 23 | w Tajlandia | przez | 2 Comments

Tigre Temple

Kto z was nie chciałby przejechać się na słoniu? Kto nie miałby ochoty pogłaskać tygrysa? Założę się, że zdecydowana większość podniesie rękę na TAK. Nakarmić olbrzyma, usiąść za uszami kolosa, który z gracją maszeruje przez dżunglę, dać się posmyrać po nodze ciekawską trąbą. Stanąć oko w oko z tygrysem, dotknąć jego lśniących pasów, zobaczyć z bliska jego ostre kły i do tego wyjść z tego spotkania żywym. My też chcieliśmy, dlaczego nie?

No właśnie: dlaczego nie? Niestety w tym przypadku to pytanie nie jest retoryczne. Tutaj w Kanchanaburi, zresztą w wielu innych miejscach Tajlandii pewnie też, zwierzaki, które służą jako kolejna atrakcja turystyczna mają, krótko mówiąc przesrane. Przyjeżdżasz na taki Elephant Camp z naiwną nadzieją, że tam czeka stado wesołych słoni, które marzą tylko o tym żeby cię przewieść na swoim grzbiecie, tak się przynajmniej prezentują na wszystkich folderach jakimi agencje zachęcają do odwiedzenia Tajlandii. Na miejscu okazuje się jednak, że stoją tam te piękne stworzenia przykute metrowym łańcuchem do betonowej posadzki. Jeden macha bez przerwy głową na lewo i prawo, jakby miał chorobę sierocą, drugi stoi w kompletnym bezruchu jakby już zszedł z tego świata tylko zapomniał zabrać kilku ton swojego cielska z tej cementowej posadzki. Głowy mają poranione od czekana wbijanego przez poganiaczy. Smutny widok.

O ile w przypadku słoni od razu widać, że cos tu nie gra, o tyle z tygrysami sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. O ile nie spędzimy długich godzin w Internecie wyszukując i porównując różne opinie o „sanktuarium tygrysa” możemy uwierzyć w idylliczną historię, że jest na ziemi miejsce gdzie ten drapieżnik polubił się na dobre z człowiekiem. W agencjach turystycznych, jak i w samym Tiger Temple możemy usłyszeć o wspaniałych mnichach, którzy od czasu gdy ktoś przyniósł pierwszą tygrysią sierotę w 1999 roku, zajmują się ich ochroną. Około 800 osób każdego dnia może za 20$ pogłaskać bestię i przespacerować się z kotkiem na smyczy. Chmara zachodnich wolontariuszy, miłośników zwierząt, umacnia jeszcze w przekonaniu, że nic złego się tu zwierzakom nie dzieje. Turyści ustawiają się w kolejce, przykucają na chwilę przy tygrysie, a obsługa robi wtedy super fotki na fejsa.  Za ekstra kasę można zrobić fotę z tygrysią głową na kolanach, lub z małym tygryskiem na rękach. Zwierzaki może nie wyglądają tu na super zadowolone, ale szczerze mówiąc wyglądają jakby miały tą całą szopkę w zdecydowanym poważaniu. Obsługa też opowiada jak dużo kosztuje utrzymanie tego interesu i sprawnie wylicza, że nie jest to biznes opłacalny i że oprócz kasy z biletów muszą się jeszcze wspomagać rządową pomocą. Pojawiło się w mojej głowie pytanie: Po co? Po co ten cały cyrk, po co ci turyści, po co w takim razie zmuszać zwierzaki to pozowania przez 3 godziny w słońcu? Zadałem to pytanie pracującemu tam od 3 lat wolontariuszowi. Odpowiedział, że dla setki znajdujących się tu tygrysów nie ma po prostu alternatywy. Nie są one w stanie przetrwać w naturze, a bez wystawiania na pokaz tych kilkunastu i kasy od turystów nie byliby w stanie ich wykarmić. Na pytanie dlaczego zwierzaki są tak nienaturalnie ospałe sympatyczny Duńczyk odpowiedział, że tygrysy już od małego są przyzwyczajane do roli fotograficznych modeli. Maleństwo jest zabierane od matki w wieku 2 tygodni, żeby nie rozwijało swoich naturalnych instynktów. Zwierzaki są karmione do syta z rana i podobno ta ich popołudniowa senność  jest jak najbardziej naturalna. Poza tym co agresywniejsze kociaki nie mają dostępu do turystów. Mimo wszystko zdarzają się jednak wypadki, według naszego „eksperta” było ich 4 w ciągu ostatnich 3 lat, śmiertelnych zero. Obsługa zastrzega jednak, że do drapieżników zbliżamy się na własną odpowiedzialność. Przed wejściem każdy musi nawet podpisać oświadczenie, że w razie czego nie będzie pociągał Tiger Temple do odpowiedzialności. Po rozmowie z Duńczykiem, po tym co widzieliśmy, tygrysach, którym na pierwszy rzut oka żyje się lepiej niż w niejednym zoo, pozostał mi w głowie obraz Tiger Temple jako dziwnego cyrku, ale nie specjalnie szkodliwego dla zwierzaków.

Potem jednak zagłębiłem się bardziej w Internecie, trafiłem na raport z dochodzenia przeprowadzonego przez „Care for the Wild Internationa” (CWI) w 2005-2008 roku. Pojawiły się informacje o męczeniu zwierzaków, nielegalnym szmuglowaniu tygrysów przez granice z Laosem, niebezpieczeństwie na jakie są narażeni turyści. Doczytałem, że to co robi Tiger Temple nie ma nic wspólnego z ochroną gatunku, że żaden tygrys nie został do tej pory oddany naturze.

Im więcej czytałem tym większego moralniaka miałem w związku z tym, że brałem w tym wszystkim udział. Głupio mi, że płacąc za wejście, głaszcząc tygrysa, przyłożyłem się odrobinę do tego co tam się dzieje. Jak możemy uniknąć takich sytuacji? Najlepiej przed każdym odwiedzonym miejscem robić kilkugodzinny research w temacie i przyjrzeć się mu z każdej możliwej strony, tyle że nie zawsze się chce, nie zawsze mamy na to czas. Pozostaje więc zdrowy rozsądek i krytyczne spojrzenie na to co się wokół nas dzieje. Trzeba mieć świadomość, że niestety po tym świecie chodzi masa ludzi, którzy w dupie mają zwierzaki i są w stanie je wykorzystać na każdy sposób tylko po to żeby zarobić kilka dolców.

2013 10 23_z2strony_Kanchanaburi_PA220187
Oswajanie tygrysów z zapachem nowego członka stada.
2013 10 23_z2strony_Kanchanaburi_PA220310
Pracownicy i wolontariusze Tiger Temple.
2013 10 23_z2strony_Kanchanaburi_PA220286
Tygrys przygotowywany do spaceru z turystami.
2013 10 23_z2strony_Kanchanaburi_PA220315
„Trenowanie” tygrysów.
2013 10 22_z2strony_Kanchanaburi_page01
Słonie w jednym z Elephant Camp w okolicach Kanchanaburi.

Z drugiej strony

A może to rozczulanie się nad tygryskiem to bzdura jest, hipokryzja? Tu się przejmujemy losem setki najedzonych, dobrze wyglądających zwierzaków, a jednocześnie wcinając schabowego bierzemy udział w prawdziwej rzezi. Krówka, czy może świnka inaczej czuje niż tygrysek? Locha produkująca prosiaki przez 16 tygodni stoi, lub leży na betonowej posadzce w kojcu, w którym ledwo się może ruszać. A potem przez minimum 10 dni po porodzie jest kompletnie unieruchomiona, żeby przypadkiem nie przygnieść małych podczas karmienia na tak małej przestrzeni. 3 tygodnie, zabieranie warchlaków, krótka przerwa technologiczna, zapłodnienie, 16 tygodni, itd. Stąd się biorą nasze kotlety niesojowe. Fakt, tygrysek jest gatunkiem chronionym, ale czy jego hodowla umniejsza w jakiś sposób dziko żyjącą populację? A może idąc tropem prosiaków powinniśmy pozwolić na masową produkcję tygrysa, dostarczyć Chińczykom jego kości po niższej cenie i tym samym sprawić by kłusownikom nie opłacało się polowanie na te dzikie koty. No dobra, wystarczy już, bo mnie ponosi jak zaczynam ten temat. Wkurza mnie, że męczymy niepotrzebnie tyle stworzeń. Wkurzają mnie chomiki w klatkach, rybki, pieski w kojcach, wkurza mnie korrida i walki kogutów.  Jeszcze tylko dodam, że mam wielki szacunek do ludzi nie jedzących mięsa. Ja nie mam jaj żeby przerzucić się do końca na zielsko. Z lenistwa, wygody, przyzwyczajenia. Ale ciągle sobie obiecuję, że któregoś dnia…

Polecam rzucić okiem na krótki artykuł Polityki – http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1559539,1,jak-produkowac-mieso-by-nie-krzywdzic-zwierzat.read

A dla ludzi o mocnych nerwach polecam to video – http://www.youtube.com/watch?v=es6U00LMmC4

2013 12 01_z2strony_Wiantian_DSC_2115
Szczeniaki w sklepie zoologicznym.
2013 12 09_z2strony_Luang Prabang_DSC_2134
Prosiaki w dziale mięsnym.

 

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Evi Ta pisze:

    Hej, byłam w Tiger Temple w 2009 roku, wtedy jeszcze nikt specjalnie nie trąbił o tym, że to miejsce nie jest do końca w porządku (choć do dziś nikt tego myślę nie wie na 100%). Jedynie programy na Animal Planet pokazujące funkcjonowanie świątyni. Na miejscu nie byłam z hordą turystów, zapłaciłam trochę więcej, żeby pomyć z nimi bliżej. Na miejscu poznałam Polaka, wolontariusza, którego wypytywałam o wszystko – nic niepokojącego nie usłyszałam, z drugiej strony – czy on musiał coś wiedzieć?
    Myślę sobie, że każdy musi w zgodzie z własnym sumieniem podjąć decyzję o wizycie w Tiger Temple. Ja nie mam moralniaka, spełniłam swoje marzenie obcowania bezpośredniego z tygrysem, ale też nie wiedziałam wtedy o zarzutach wobec tego miejsca.
    Dziś wiele osób mnie pyta czy jechać, a ja prawdę mówiąc nie wiem. Bo tak jak piszesz – gdyby nie świątynia tygrysy by nie przetrwały, a tak są nażarte, zadbane, rozmnażają się – co z punktu widzenia zagrożonego gatunku jest bardzo ważne. Kiedyś w jednym materiale nt. tej świątyni przeczytałam, że tygrysy by się nie rozmnażały, gdyby nie miały dobrych warunków. Po prostu.
    Pozdrawiam!

    • Magda i Tomek pisze:

      Dokładnie tak jak mówisz. Pojawiają się argumenty za, jest sporo argumentów przeciw. Każdy musi sprawę przetrawić we własnej głowie.
      Pozdrawiamy z też tygrysowych okoliczności przyrody znad Wąwozu Skaczącego Tygrysa w Chinach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »