Trzy dni z naszego życia

Styczeń 30 | w baner, Chiny | przez | 19 Comments

2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1280175-2

Dzień 1293

Stoję nad przepaścią i zastanawiam się czy już się bać, czy zaczekać na kolejną. Może będzie bardziej stroma, może głębsza. W dole Jangcy płynie obojętnie i bez emocji, nie zwraca na nas uwagi. To na pewno nie może być jej naturalny kolor. Tak dziwnej zieleni wody w życiu nie widziałam. Wieje jak w Kieleckiem. A może nawet jak w Patagonii. Nie, przesadziłam. Nigdzie nie wieje tak jak w Patagonii, zostańmy zatem przy Kieleckim. Jak w plecy, to istna radość, rower sam jedzie. Ale jak tylko wychylamy nosy za kolejną skalną ścianę, już tak przyjemnie nie jest. Jesteśmy nad wąwozem, barierek żadnych, a wiatr, nie wiedzieć czemu, chce nas zepchnąć wprost w jego otchłań. Ej wiaterku, weź się nie wygłupiaj. Co ci tacy dwaj wariaci na rowerach przeszkadzają?

Mamy dziś do przejechania zaledwie 60km. Połowa trasy w sumie przyjemna, tylko ta walka z wiatrem i piachem szamotanym właśnie przez wicherek. Ta przepaść pod nami wydawać może się niebezpieczna, zwłaszcza gdy co chwila na naszej trasie mijamy kamienie i małe głazy, które obrypały się ze skalnej ściany. Takie nie za wielkie, ale chyba dosyć ciężkie, bo nieźle poharatały asfalt.

Tylko 60km. Zapomniałam jednak dodać, że w górach, więc może nie tylko, ale aż 60km. Po jednej stronie Yulong, a po drugiej ośnieżony szczyt Haba. Pierwsze 30km jedziemy  Wąwozem Skaczącego Tygrysa.

W wiosce jest sklep. Asortyment ubogi, ale wodę i przeterminowane o miesiąc czekoladki mają. Ludzie mocno dziwią się jak nas widzą. Skutery, każdy z muzyką, a samochody… nie uwierzycie! Nie trąbią! Zatrzymują się, wystawiają kciuka, machają nam, pozdrawiają, o klaksonie nie ma mowy. Czy to oznacza, że ten wąwóz to była jakaś magiczna granica do innego świata? Nie wiem, ale już mi się tutaj podoba.

Jeszcze tylko kilometr pod górę i będziemy na miejscu. Ale to tak dosłownie. Jak podniesiecie głowę do góry, to musicie patrzeć tak daleko, by dojrzeć ten kilometr, gdzieś tam wysoko. I my właśnie tam pedałujemy. Ale co ja mówię pedałujemy. My żółwimy, ślimaczymy. Jakby film puszczony w zwolnionym tempie. Właśnie tak teraz wyglądamy na tej górskiej serpentynie. Nie jest nam to jednak obce czy straszne, ale mimo tych 4000km w zanadrzu, pod górę nigdy nie jest lekko. Tak sobie myślę, że gdyby mi kazali jechać tą trasą prosto z Bangkoku, gdy pierwszy raz na moim usiadłam rowerku, to bym daleko nie popedałowała. Ale teraz. Teraz to ja już wiem kiedy się napić, kiedy przystanąć, kiedy dłuższy, a kiedy krótszy złapać oddech i oczywiście wiem kiedy Snickersa przegryźć. Bez tego, to ja nie zapuszczam się w żadne góry.

O widokach nie lubię pisać. Zbyt ograniczony zasób słów, zbyt mało we mnie polotu, gracji, miękkości, może też fantazji. Zawsze gdy próbuję coś streścić mam wrażenie, że krzywdzę naturę. Czasami może po prostu lepiej zrobić zdjęcie.

Jest i śnieg. Na 3000m n.p.m. nawet i lód na jezdni się pokazał. I nie jest już tak słonecznie, tak letnio i tak przyjemnie. Trzeba dobrze się okutać, żeby zimno nie przeszywało cię na wylot. Ale o 6 wieczorem, gdy z 3000m n.p.m. musisz zjechać tych kilkadziesiąt metrów nie ma szans nie zmarznąć. Ten przykurcz barków, które próbują schować szyję, aż po same uszy, to spięcie i napięcie mięśni, ta gęsia skórka na całym ciele i te zlodowaciałe poliki, w tych warunkach nie do uniknięcia.

Ale jest i wioska. Haba, tak samo jak ta góra nad nami. Jest nawet hotel. Ale zdziwko, bo przecież miało być tak dziko. Jednak jakoś mi to nie przeszkadza, że wyśpię się w łóżku, wezmę gorący prysznic i zjem porządną kolację. No właśnie kolacja. Mówimy pani, ze jajka byśmy chcieli. Wleźliśmy do kuchni, bo tak najłatwiej, żeby pokazać. Stoją jajka. To Tomasz pokazuje na jajka i pokazuje 4 palce. Potem jeszcze utrudnia lekko zadanie, bo 4 palce rozbija na dwa. I wskazując na siebie wyciąga dwa palce, potem na mnie i tez dwa palce.  Siedliśmy za stołem. Przyszedł ryż, po chwili dwa talerze z jajkami. Jeden dla mnie, drugi dla Tomasza. Tym razem pani pokazuje dwa palce wskazując na mnie, a potem dwa palce na Tomasza. Oboje wywnioskowaliśmy, że na moim talerzu są wymieszane ze szczypiorkiem dwa jajka i na Tomasza tak samo, dokładnie tak jak prosiliśmy. Kiwamy głowami zadowoleni, żeśmy się dogadali. Po chwili pani wraca z kolejnymi dwoma talerzami jajek. Tak. A jednak dalej jesteśmy w Chinach.

2014 01 28_z2strony_Trasa do Shangri La_page02
Na krawędzi.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1280163
Niższa część Wąwozu Skaczącego Tygrysa.

2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1280171
Wjeżdżamy pod górę.

2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1280188
Zachód

Dzień 1294

Budzą mnie krzyki za oknem. Nic tam w Chinach nadzwyczajnego, dobrze, że się o 3 nad ranem nie darli. Ale tym razem ma to swoje uzasadnienie. Dzień targowy rozgrywa się właśnie pod naszymi drzwiami. Żywe ryby, piejące koguty skrępowane sznurem i świnie przechadzające się główną ulicą. Te to mają wszystko i wszystkich gdzieś. Cały ten tłum, zamęt, lament, lezą przed siebie nie bacząc na przejeżdżające skutery i traktory. Mandarynki małe, duże, średnie. Słodkie, mniej słodkie i te całkiem kwaśne. Pomidory, sałata, połówka świniaka, głowa świniaka, sałata, gęgająca kaczka. W powietrzu unosi się fetor leżących śmieci, świni, która została wczoraj zarżnięta i odór pobliskiego kurnika. Tym razem przegraliśmy. To ostatni targ przed Nowym Rokiem. Chińczycy są tak zajęci kupowaniem fajerwerków, targowaniem i pakowaniem obślizgłej ryby do foliowej torby, że nie zwracają uwagi na przybyszów z dalekiego świata na powolnych, metalowych rumakach z dziewięcioma przerzutkami.

Wrzucamy 1:1 i dalej ciśniemy, znaczy się żółwimy, kolejny kilometr w górę.

Po kilku godzinach pojawia się jakaś cywilizacja. Szyldy reklamowe, restauracje, hotele. Nagle wybiega mężczyzna, zastawia nam swym cherlawym ciałem drogę i z wielkim uśmiechem zachęca do zatrzymania. Potem jeszcze do pozostania w jego hotelu, a jak nie to chociaż do zjedzenia lunchu w jego restauracji. Odmawiamy podobnie jak kolejnym 8 osobą, które nas nękają tymi samymi pytaniami i prośbami. Okazuje się, że w wiosce jest turystyczna atrakcja. Stąd ta nadgorliwa życzliwość przesiąknięta chęcią zarobienia choćby juana na przybyszach z dalekiego świata.

Idę wąską ścieżką po schodkach, gdzie co drugiego dopadła leśna próchnica dziurawiąc drewno na wzór sera szwajcarskiego. Sama, bo bilet był za drogi, atrakcja niepewna, trzeba było ciągnąć losy, kto ma się wspiąć tych kilkadziesiąt metrów pod górę. I chociaż na początku mało mnie cieszyła wygrana, to na górze uśmiechnęłam się na widok zastanego krajobrazu. Białe, w niektórych miejscach szarawe, spływa po nich woda. Skalne półki, wyglądają jak tarasy, które na chwilę ścisną mróz. Ale to nie mróz, to zastygłe minerały, które w zależności od kaprysu barwią wodę na różne kolory.

Schodząc dorwał mnie czarownik. Gdy zobaczył, że idę podniósł się z leżanki, przywdział na szyje, tak na prędce, jakiś kieł, chyba z krowy, zdążył wsunąć dwa pierścienie i ciągnie mnie do pobliskiej kapliczki. Ani się obejrzałam, a czarnoksiężnik czy szaman jak wolicie, odpalił dwa kadzidła, kazał ręce jak do modlitwy złożyć, ukłonić się trzy razy, a potem przyłożył moją głowę do minerału, pod nosem coś pomruczał. Po 30 sekundach byłam już uzdrowiona ze wszystkich chorób, oczyszczona z nieczystych mocy, a na dole pewnie czeka na mnie fortuna. Szaman z tym swoim niepoważnym kłem dyndającym na szyi zadowolony z przebiegu ceremonii otwiera usta i układa je w jakże pospolitą i przewidywalną frazę „Money”! Nie wytrzymuję. Po polsku tłumaczę mu nie mogąc jednocześnie przestać się śmiać, że w tych getrach to ja nie mam żadnej kieszeni. Pokazuję mu, obracam się, w polarze też tajemniczej sakiewki wypełnionej miedziakami brak. Z całej tej radości nawet buta zdjęłam i do skarpetki zajrzałam pokazując szamanowi, że i tam skarbów nie ma. Szaman machnął ręką z zniesmaczoną minął, bo nie dość, że wstać z leżanki musiał, to jeszcze dwa na mnie zmarnował kadzidła.

Za nami 35 km, przed nami jakieś 20. Droga nie rozpieszcza. Cieplutko jest, bardzo przyjemnie, ale serpentyny nie mają w górach litości. Wiją się w górę, nie chcą przestać. Masz nadzieję, że to już była ostatnia i tam za zakrętem będzie już luzik. Ale z pomocą nadchodzi Tomasz i rozwiewa wątpliwości. Jego słowa ranią, wiercą dziurę w napiętych mięśniach, gniotą kolana, które z wysiłku powoli zaczynają trzeszczeć i co najgorsze odbierają nadzieję – Jeszcze tylko 300 metrów pod górę, Kochanie! Mógł sobie chociaż odpuścić to kochanie, bo wcale nie czuję się teraz przez nikogo kochana.

Dzisiaj nie ma mowy o hotelu. Dobrze, że udało nam się kupić zupki i wodę w pobliskim sklepiku. Bunkrujemy się w krzakach. Wszędzie jakiś spadek, nachylenie. Wybieramy skrawek, który wydaje się najmniej lecieć w dół, ale i tak musimy sakwy podłożyć pod stopy, bo inaczej nie da się spać, za bardzo zjeżdżamy. Noodelsy smakują wyjątkowo dobrze, a może to tylko moje pragnienie rozgrzania kości. Temperatura spada, w nocy na pewno będzie poniżej zera. Nie cierpię tego. Nie ma opcji, żebym nie zmarzła. Zakładam na siebie wszystko co mam, dwie bluzy, podgrzewane kalesonki, dwie pary skarpet i rękawiczki. Tylko rękawiczki na palce u stóp, bo to one najbardziej zawsze dostają po paznokciach. A czapkę zaciągam na nos, bo on taki długi, a mróz bardzo go lubi. I tak się nie wyśpię, bo obolałe mięśnie nie wielką mają frajdę ze spania na twardej karimacie, która akurat się przebiła i uszła z niej jedyna miękkość. Ale spróbuję.

2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1290208
Haba Snow Mountain 5395m n.p.m.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1290222
Tarasy Baishuitai
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1290225
Tarasy Baishuitai
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1290200
Pola uprawne.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1290212
Pola uprawne.
2014 01 28_z2strony_Trasa do Shangri La_page03
Mroźna nocka pod namiotem.

Dzień 1295

Powoli się rozjaśnia. W namiocie robi się szaro. Noc nie była jakaś okropna, ale ciężko powiedzieć, żebym była wypoczęta i wyspana. Woda w bidonach zamarzła. To było do przewidzenia. Rezygnujemy z porannej herbaty, bo kuchenka trochę szwankuje i bardziej byśmy zmarzli czekając na gotowaną wodę niż to warte. Wskakujemy na rowerki, żeby jak najszybciej się rozgrzać.

Ciągle ta sama historia, żółwienie pod górę kilkaset metrów, potem kilka metrów w dół, potem znowu w górę. Dziś jednak docieramy na 3700m n.p.m. Tutaj powinno się już ciężej oddychać. Ale sami nie wiemy czy faktycznie tak jest, bo jak przez 5 godzin wjeżdża się pod górę, to już sam nie wiesz, czy jedzie ci się gorzej, bo tlenu mniej czy po prostu naturalne zmęczenie z wysiłku cię dopadło.

Ale po tych 3700m n.p.m. gdzie mróz taki, że aż zęby się o siebie obijają, mamy jechać w dół. I tak też było w rzeczy samej, tylko w dole, to tak wiało, że mało żeśmy nie pospadali z rowerów. To miała być lajtowa końcówka, na której nawet jak nie masz siły pedałować, to i tak dojedziesz do celu, a raczej się stoczysz. Tylko ten wiatr! Nie dość, że nie masz siły przebierać nogami, nie dość, że z nosa ci gil w kształcie sopla zwisa, bo zamarzł przy takiej pogodzie i nie dość, że ostatniego Snickersa zjadłeś na górze, bo byłeś pewny, że to właśnie jest najtrudniejszy odcinek, to jeszcze musisz ten cały wiatr znosić. I dzisiaj jestem święcie przekonana, że wieje jak w Patagonii, Kieleckie to kapryśny był podmuszek, co się chciał nami przez chwilę pobawić. Ten wicher tu i teraz naprawdę chce nas wykończyć! Nie ma żartów. I z każdym kilometrem mam wrażenie, że mu się udaje. 40km w prześlicznej dolinie, gdzie surowa natura wygoniła człowieka albo tak naprawdę nigdy go tu nie zaprosiła. Ale to też 40km walki. 40km przeszywającego zimnem strumienia powietrza rozpędzonego do prędkości mam wrażenie skutera. 40km błagania, by to już się wreszcie skończyło.

Po 2 godzinach trochę odpuścił, ale cały czas był z nami, a raczej przeciwko nam. My tymczasem wjeżdżamy do wioski. Ale to nie taka sama wioska, jak te po drugiej stronie gór Haba. Zupełnie inna architektura. Wszystkie domy zwrócone w tym samym kierunku. Front podparty grubymi, masywnymi balami. Drewniane drzwi pięknie ozdobione płaskorzeźbami, a pod dachem kolorowe rysunki. Jechaliśmy trzy dni, ale pokonaliśmy zaledwie 170km a tutaj jakby zupełnie inny świat. Pojawiają się tybetańskie stupy, flagi i młynki modlitewne. Na tablicy czytamy: The first village of Shangri La. Ale do miasta jeszcze spory kawałek. 20km na rowerze pod wiatr, to jest spory kawałek, uwierzcie mi na słowo.

Przez trzy dni pedałowaliśmy by zdążyć na Chiński Nowy Rok w Shangri La. Mając w głowie te wszystkie obrazy z gazet i TV tańczących smoków na ulicy, wyśmienite potrawy i kupujących na masę fajerwerki Chińczyków, nie mogłam się doczekać miasta. Myślałam sobie, że moje trudy zostaną wynagrodzone wielką imprezą witającą Rok Konia.

Dojeżdżamy, a tu… miasto widmo. Jakby jakaś zaraza wybiła całą ludność, jakby Zombi zaatakowali i poszli do następnej wioski. Totalne wyludnienie. Tylko wiatr nie ma zamiaru się wynieść i hula po ulicach czyhając na kolejnych rowerzystów, by im trochę krwi napsuć.

Ale restauracja jedna otwarta się znalazła. Gorzej z hotelami, bo niby ich dużo, ale jakieś takie pozamykane. W pierwszym za drogo. W drugim czekam na recepcjonistę i rozmawiam z dwoma Europejczykami. Pytam ich czy tutaj zawsze tak spokojnie. Podobno od kiedy starówka spłonęła. Zaraz, zaraz… wróć. Starówka spłonęła? Tak, kilka tygodni temu ktoś ją podpalił, nic się dziś tam nie będzie działo. Ale to nie koniec zaskakujących wieści. Recepcjonista przybył, by oświadczyć, że hotel jest zamknięty. Patrzę na tych dwóch chłopaków, oni na mnie  z podobnym zdziwieniem. Ale jak to jest zamknięty, oni przecież wynajmują pokój? Ale to nie macie wolnych pokoi? Mają, bo tylko w hotelu 4 jest gości, ale właśnie w tej chwili hotel zamknęli.

To my w te pędy, trochę wystraszeni, bo ciemno się robi, palce do rękawic przymarzają, a hotele drzwi zamykają. Wpadliśmy do pierwszego lepszego, gdzie nie było zaciągniętych krat i postanowiliśmy, że choćbyśmy mieli w recepcji spać, to zostajemy. Nie trzeba jednak było obozu rozbijać w przejściu, bo bez problemu dali nam pokój.

No dobra, a co z tym Nowym Chińskim Rokiem? Nasz żeśmy przespali, bo strasznie byliśmy styrani. Tym razem też zmęczeni, ale o ile nasz nowy rok można było sobie odpuścić, bo przecież za rok będzie następny, to chińskiego nie chcieliśmy przegapić. Ale czytać zaczęliśmy mądre artykuły i się okazało, ze dzisiaj to Chińczycy w gronie rodzinnym czas spędzają i tylko fajerwerki o północy będą. Tyle było z tańca z czerwonym smokiem. Poszliśmy spać tuż przed północą, a fajerwerki widzieliśmy leżąc w łóżku zza okna hotelowego pokoju.

A te ostatnie trzy dni… to po prostu piękne były. Może ciężkie troszkę, ale cudne.

2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1300012
Śniadanie.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1300020
Na 3700m n.p.m. sporo już śniegu.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1300006
Przygotowani na mroźny zjazd.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1300024
A wokół nas ciągle takie widoki.
2014 01 28_z2strony_Trasa do Shangri La_page01
Pierwsza wioska Shangri La.
2014 01 30_z2strony_do Shangri La_P1300067
Pokonał mnie wiatr.

TRASA-b
Nasza 3 dniowa trasa na gpsies.com
 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Kański pisze:

    Bardzo ciekawy wpis, szacunek za ten nocleg i wiatr!
    Z wielką przyjemnością czytam wasze wpisy i motywujecie do podróży 🙂

  2. HikingTours pisze:

    Widoki to macie genialne – ośnieżone szczyty w oddali. Mnie wbija w krzesło jak patrzę na zdjęcia. 🙂

  3. Ale tam ładnie! Z autobusu tego wszystkiego nie widać 🙁 Zazdrościmy!

  4. Monika Herzog via Facebook pisze:

    Szacun za siłę i wytrwałość.

  5. Pietia pisze:

    Jesli o mnie chodzi, to mozecie przy kazdym wpisie tak sie rozpisac:) Cudnie sie czyta a i na fotki rozkosznie popatrzec:) Trzymajcie sie cieplutko!

    • Magda i Tomek pisze:

      🙂 miło to słyszeć/czytać, bo czasami nie wiem czy za bardzo się przypadkiem nie rozdrabniam… a foty, to oczywiście Tomasza zasługa. Pozdrawiamy, MiT.

  6. Marcin Tymiński via Facebook pisze:

    Nie chcecie może mnie adoptować? I dalej razem z synem podróżować ?? To nic, że będę miał młodszych od siebie rodziców, mi to nie przeszkadza 🙂 PS. Zmieniliście całkowicie mój obraz Chin jaki do tej pory miałem. Tam jest przeuroczo…

    • Made in China pisze:

      Chiny są tak różnorodne, że ciężko je zdefiniować. Fakt, że np. w Yunnanie czy Syczuanie można znaleźć genialne widoki, ale jest też sporo tak brzydkich miejsc aż pękają oczy (przykładowo moja prowincja Henan;). pzdr

      • Magda i Tomek pisze:

        My tylko w Yunnanie się kręciliśmy i dane nam było zobaczyć te piekne chiny, ale podejrzewam, że mozna i dużo brzydoty, tak jak mówisz, tutaj odkryć.

  7. Moze sie skusimy na te trase w drodze powrotnej 🙂

  8. Kraków pisze:

    Nieźle – robi wrażenie 😀

  9. SurfTravel pisze:

    Naprawdę podziwiam waszą wytrwałość, ale te widoki są chyba warte wszystkiego ;]
    Pozdrawiam

  10. NoMoreMaps pisze:

    Też popełniłem ten karygodny laowaiski błąd 🙂 Chiński Nowy Rok, grupa podnieconych couchsurferów udaje się by uczcić hucznie ten dzień na szanghajskim Bund’ie. Opadły jakieś mizerne fajerwerki i cisza. Wokół nas podobne grupy białych twarzy. Nikt nie wie co robić dalej. Wszystko pozamykane na cztery spusty, w paru napotkanych barach pustka i smutek. Wróciliśmy na tarczy i spędziliśmy wieczór w domu, jak tradycja chińska nakazuje, gotując i biesiadując 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »