Miasto dla każdego

Sierpień 4 | w Australia | przez | 2 Comments

W Australii spędziliśmy 9 miesięcy, a w zasadzie nie tyle w Australii co w Sydney. Dlatego ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć, że o krainie OZ nie mamy zbyt dużego pojęcia, jeden wypad w okolice Uluru, parę mniejszych wycieczek w okolice Sydney nie czyni z nas australijskich ekspertów. Możemy jednak powiedzieć kilka słów o tym skrawku kontynentu, na którym pracowaliśmy.

            No właśnie, pracowaliśmy, ciągle ta sama trasa, z mieszkania parę kroków na przystanek, spóźniony 426 na Circular Quay, wysiadka, mijałem Custom House, odpływające promy do Manly, Darling Harbour, Drummoyne. Kątem oka zerkałem na malującego się białą farbą aborygena, który za parę minut był już gotowy do pozowania turystom wraz ze swoim Digidero. Czasem jak miałem parę minut siadałem na ławce gapiąc się na niego, na ludzi w krawatach, na turystów. Potem jeszcze rzut oka na Operę i za Muzeum Contemporary Art przecinałem George St. i już byłem na The Rocks, już zakładałem białą koszulę, krawat, już byłem gotowy do serwowania Margerity. Ta moja trasa do pracy rano i z pracy po północy to moje Sydney, no może jeszcze trochę ubarwione włóczeniem się z aparatem po centrum w czasie przerw, kilka muzeów, spacer po Harbour Bridge, drzemka na trawie w Botany Garden, czasem piwko po pracy w Ship Inn. To był taki mój korytarz, z którego rzadko wychodziłem. No pewnie, że miałem jakiś czas wolny, dwa, czasem nawet trzy kompletnie wolne dni w tygodniu. Nie zawsze spędzałem je w łóżku, spotykaliśmy się ze znajomymi, robiliśmy wypady w różne zakamarki miasta, czasem za miasto, ale obraz Sydney jaki pozostał w mojej głowie jest zbudowany przede wszystkim na osi mieszkanie-praca-mieszkanie. Wydaje mi się, że z miastami tak to już jest, są nie do ogarnięcia w całości dla człowieczka takiego jak ja. Mnie Sydney przytłoczyło swoim chaosem, tłumem, hałasem i dopiero gdy znalazłem w nim swoje miejsce, swoje ścieżki mogłem z tego tłumu wyłowić twarze.
To jakie jest to moje Sydney? Kolorowe, zmiksowane, jak Martini, pomieszane, ale nie wstrząśnięte. Taki kocioł ludzi ze wszystkich końców świata, którzy przyjechali spełnić swój Australian Dream. Trochę inny od tego amerykańskiego, trochę bardziej wyluzowany, bez nadmiernej spinki. I nie ważne czy idziesz do pracy pod krawatem, czy w odblaskowej kamizelce robotnika budowlanego, każdy każdego pozdrawia, ludzie się uśmiechają, czuje się tu w powietrzu pozytywną energię. Jasne, że nie zawsze jest tak kolorowo, zwłaszcza gdy na ulicach jest tak kolorowo. Czasem iskrzy gdy wpadają na siebie kompletnie inne kultury, gdy np. Pakistańczyk, Hindus, Chińczyk i białas z Londynu muszą dogadać się w jednym zespole. Tutaj dopiero zrozumiałem co znaczy pojęcie „różnice kulturowe”, jak czasem ciężko się dogadać chociaż język nie stanowi w tym momencie problemu. Nauczyłem się czegoś o Chińczykach, Koreańczykach, Hindusach, czy nawet Szwedach, Holendrach. Jak się tak teraz zastanawiam to nie jestem w stanie przypomnieć sobie narodowości, na którą bym się nie natknął przez te 9 miesięcy. Całe Sydney jest jak moja praca, wchodziłem rano i mówiłem: dzień dau ni chen kau szin Roge, kusi lagio Naba, e nią Jong, est is szun dich cu zichen Nadine, triewle at trefas Sarah, dobryj dzień Eva, GOOD MORNING GUYS!

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. aga pisze:

    Ciekawe:) Wiesz ja tez swego czasu mieszkalam w Sydney i podobne mialam doswiadczenia i wyobrazenia zwiazane z tym miastem. Wytrzymalam tak rok i dopiero jak sie przeprowadzilam do Wschodniej czesci miasta w okolice Bondi Beach to mnie to miasto oczarowalo. Oczywiscie to wiazalo sie z wiekszymi kosztami za wynajem itp….Jednak kazdego dnia po pracy czulam sie jak na wakacjach majac ocean przed soba by doladowac baterie. Obecnie zmienilam klimaty na nowo zelandzkie i bardziej gorzysty krajobraz ale nadal po 12 latach w podrozy i zwiedzeniu tony miast w wielu zakatkach swiata wydaje mi sie ze Sydney ma to cos do czego lubie wracac i cos czego wiele duzych miast nie ma. Pozdrawiam i zycze powodzenia w Polsce:)

  2. jakuzi pisze:

    Jak dla mnie Sydney jest za głośne, ale rozumiem, że niektórzy mogą być zakochani w tym mieście;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »