Sydney – pierwsze chwile

Listopad 1 | w Australia | przez | 1 Comment

2012 11 01_Sydney

Pamiętam jak na trzecim roku studiów przeglądałam w necie informacje dotyczące wyjazdu do Australii. Wtedy jednak, to wydawało mi się takie nieosiągalne, dalekie, drogie, egzotyczne. Gdzie ja, taka niepozorna dziewczyneczka z Gospodarskiej, mogłabym pojechać na drugi koniec świata. Za co? Jak? Australia… taki raj na ziemi. To było moje marzenie. Moje i mojej siostry Agaty. To był jeszcze ten czas kiedy nikomu nie przeszłoby przez myśl, a na pewno nie mi, że któregoś dnia spakuję manatki, w zasadzie spakujemy manatki z moim mężem (w tamtym czasie nie sądziłam również, że będę miała męża) i wyruszę w świat.

A tu proszę, kilka lat później i stoję przed operą w Sydney. Całe życie byłam przekonana, że jest ona biała. A ona jak te zęby pani nauczycielki z reklamy pasty do zębów „beżowa”. Pająków nie ma, kangurów nie ma, węży nie ma. Jest natomiast miasto. Duże, szklane, bardzo czyste. Ale miasto jak to miasto – hałas, jakiś pijak, bezdomny, nerwowi kierowcy na ulicach i ta niespokojna masa, wylewająca się na ulice na zielonych światłach. Kolorowa masa, która biegnie. Ciężko dostrzec w tej masie kogoś kto nie miałby niepokoju na twarzy, kto by się nie śpieszył, po prostu sobie stał, relaksował się. O nie, relaks to zaczyna się po pracy, w pubie, przy piwie.

Siedzę w autobusie i nie wierzę. Znowu to samo. To od czego uciekałam kilka lat temu, to od czego byłam wolna, przez ostatnie 2 lata, znowu mnie dopada. Dopadnie już wkrótce. I to w Australii, mojej wymarzonej. Tej, w której miało być tak sielsko i rajsko. A tu, co? Hostel, w którym wita nas naćpany menedżer, prowadzi do pokoju, któremu bliżej do wysypiska śmieci niż sypialni. I to za jedyne 30 dolców od głowy, z ośmioma innymi głowami w tym samym pokoju. Miał być upał, bo przecież to Australia, to zakładam szorty i marznę po kilku minutach.

Ale są ibisy. Tymi swoimi długimi dziobami próbują dorwać się do mojej kanapki. A myślałam, że w kraju takiego dobrobytu nie ma darmozjadów. Ale ja sobie dużo myślałam. Teraz jednak dopada mnie rzeczywistość. To znaczy tyle, że po dwóch latach totalnej laby, bez ograniczeń ze strony pracy, skończyła się kasa i czas wrócić na chwilę do normalności.

Boże, jak mi znowu będzie ciężko zmusić się do tej naszej „normalności” dyktowanej kasą, karierą, i innymi pseudouszczęśliwiaczami. Chyba właśnie przez to nie potrafię cieszyć się tym, na pewno pięknym miastem, zresztą jak też większością innych miast ostatnimi czasy. Bo jak może mnie cieszyć ten beton, ten asfalt, to szkło, skoro ja dopiero co z lasu wyszłam, z góry zeszłam, z morza przypłynęłam. Trochę czuję się jak ten dzikus, który za chwilę zostanie ujarzmiony, który się dostosuje, podda, może nawet z czasem zacznie mu się podobać. Musze tylko się przyzwyczaić, znaleźć ciekawe miejsca, zakamarki, poznać ludzi. Ale nie każcie mi teraz pisać o urokach Sydney, bo jeszcze ich w pełni nie dostrzegam.

Z drugiej strony…

tzn. z mojej, tomkowej.

To fakt, początki nie były kolorowe. Wcale nie zaczęło być nam lżej po tym jak zrzuciliśmy plecaki w melina hostelu, po tym jak wyspaliśmy się w akompaniamencie skrzypiącej, naćpanej miłości na metalowych łóżkach. Pustki na koncie, resztka kasy wydana na szkołę, kosmiczne ceny pokoi, żarcia, wszystkiego. Okoliczności skutecznie ciążyły nam na głowach, ciężko było się cieszyć Australią. Jak najszybciej znaleźć tani pokój, jakąś robotę, tym się interesowaliśmy przez większość czasu. Ale jednak nawet z obciążoną bańką dało się dostrzec, że jesteśmy w miejscu wyjątkowym. Ciągnąc wątek ornitologiczny, poza wścibskimi ibisami, uroczymi brzydalami, są tu jeszcze papugi. Małe takie, zielono czerwone, śmigające w hałaśliwych grupach, duże, białe z żółtym irokezem, grzebiące pazurami na trawnikach i jeszcze takie duże czarne wrono podobne stwory, które wydają śmieszny ludzko podobny dźwięk, coś w rodzaju eee eee eeEEEaaaaaaa.

Zaskoczyło mnie to jak mało na ulicach Sydney jest rdzennych Australijczyków. Poza tymi dwoma wymalowanymi Aborygenami, którzy grają na digidero na Circural Quay, praktycznie ich się nie widuje. Nie noszą gajerków, nie ma ich za kasą w markecie, w mundurkach szkolnych też ich nie widać, gdzie oni są? Jest natomiast masa Azjatów. Większość mijanych ludzi na chodnikach w centrum ma skośne oczy. I prawie wszyscy bez względu na wiek mają głowy przyczepione słuchawkami do smartfonów. Tak, to dla nas, ludzi z buszu nowość. Gdy opuszczaliśmy nasze cywilizowane życie, ponad 2 lata temu, stworki androidy dopiero raczkowały. Jak już uda nam się znaleźć przyzwoitą robotę i zacznie być nas stać na coś więcej niż zupki chińskie to może spróbujemy nadrobić zaległości technologiczne. A tak w ogóle to pięknie tu jest, zielono, palmy, plaże, opery,… Doczekać się nie mogę kiedy zaczniemy się tym wszystkim cieszyć.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. HikingTours pisze:

    Świetne. Bardzo dobrze się czyta, realne, bez ubarwiania i narzuconego optymizmu. Wcale nie najmniej ważnym elementem jest to że często Wasz blog jest świetnym źródłem konkretnej informacji np. wpis o wizach do AU. Trzymajcie tak dalej
    Pozdrawiam
    Hikingtours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »