Wlecom to China

Grudzień 19 | w Chiny | przez | 4 Comments

phone_z2strony_20131218_0929561

Wielka tablica przy wjeździe do Chin przywitała nas napisem „Wlecom to China”. To nie mogło wróżyć nic dobrego. W Mengla, pierwszej mieścinie, w której przyszło nam się zatrzymać, szybko zorientowaliśmy się, że w państwie środka łatwo nie będzie.

Kierowcy ciężarówek tylko czekali na moment kiedy będą na naszej wysokości, by móc docisnąć klakson do kierownicy i zmiażdżyć nas tym przeszywającym, wrednym i cholernie bolesnym dźwiękiem. Odwiedziliśmy 11 bankomatów, w których nie chciała zadziałać żadna z naszych kart. I w każdym z tych 11 banków nie chciano nam wymienić dolarów. Okazało się, że na obrzeżach miasta jest jeden, jedyny bank, który przyjmuje dolary. Z australijskimi kartami dalej był problem, ale za to polska zadziałała, szkoda tylko, że było na niej niecałe 100zł.

Mając juany w garści mogliśmy zacząć szukać hotelu. Tylko nie zapominajmy, że jesteśmy w Chinach, a Chińczycy nie gęsi i swój język mają. Napis „Hotel”, to w Europie, Kambodży albo Laosie, ale nie tutaj. Tutaj śpi się w 招待所. Jechaliśmy z telefonem w ręku i porównywaliśmy krzaczki z tym, co widzieliśmy na szyldach. Łatwo nie było, ale że wytrwali jesteśmy, to i hotel w Chinach znaleźliśmy. To nic, że lekko zdewastowany i śmierdziało jak w starej spelunie, a drzwi miały dziurę po łomie, najważniejsze, że dach mieliśmy nad głową.

W China Mobile obsługiwała nas sama kierowniczka. Po półtorej godziny tłumaczenia, że my tu na chwilę, turystycznie, że chcemy kartę kupić, taką za 5zł, i nawet dzwonić nie chcemy, żeby tylko Internet działał, pani zaproponowała nam świetną ofertę. Poprosiła jednak o ID. Daliśmy paszport, a pani, że nie, że ona chińskie poprosi ID.

Lekko zmęczeni i przeraźliwie głodni ruszyliśmy w poszukiwaniu pożywienia. Unosząca się para z drewnianych koszyczków wywołała uśmiech na naszych twarzach. Wystarczyło tylko palcem wskazać, które pierożki chcemy. Usiedliśmy przy stoliku szczęśliwi, że chociaż, to nam się dzisiaj udało, gdy nagle usłyszeliśmy jak koleś siedzący obok szykuje soczystego charcha. Zielona flegma wylądowała tuż przy moich stopach. I już nawet na pierożki odeszła mi ochota.

W nocy oczywiście wrzaski, okrzyki i inne szuranie mebli piętro wyżej. Oni naprawdę nie kumają, że komuś mogą przeszkadzać. Zero krępacji, jak ma ochotę Chińczyk o 2 w nocy drzeć gębę przez cały korytarz, to po prostu ją drze.

I niestety jeszcze dętkę musieliśmy kupić. Ale tę przyjemność, to już mieliśmy dnia następnego.

Od spotkanego wcześniej Francuza dostaliśmy wizytówkę z adresem sklepu Meridy. Oczywiście po chińsku. Poszliśmy więc do recepcji hotelu i pokazaliśmy wizytówkę z adresem, pan kiwał głową i się do nas szeroko uśmiechał. Potem pokazaliśmy panu mapę na telefonie. A pan co zrobił, pokazał nam gdzie się teraz znajdujemy. Tak więc my jeszcze raz pokazujemy na wizytówkę, potem na mapę, a pan dalej to samo, czyli miejsce, w którym jest nasz hotel.

I takie o to właśnie czekają nas Chiny. Nic tu cholera nie jest łatwe. Ale przez to jest ciekawie. Chiny! Jedno wielkie wyzwanie.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Wlecom to taka siec komórkowa 😛

  2. Bodzia pisze:

    Jesteście naprawdę świetni- z przyjemnością się Was „czyta i ogląda”

    • Magda i Tomek pisze:

      Dziękujemy! My natomiast z przyjemnością opowiadamy o naszych przygodach, a Twój komentarz daje nam jeszcze większego powera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »