Dzień jak co dzień

Listopad 16 | w Kambodża | przez | 6 Comments

2013 12 02_z2strony_Rowery_PB040015_2

To, za co między innymi  kocham podróże, to fakt, że w drodze każdy dzień jest inny. A gdy tę drogę pokonujesz rowerem, to dodatkowe atrakcje są gwarantowane. Niby wstajemy codziennie o tej samej porze, niby na śniadanie znowu owsianka z jogurtem i bananem, niby do pokonania znowu 78km. Wszystko mogłoby wskazywać, że będzie to dzień zwykły, dzień jak co dzień. Ale nie na rowerze i nie w Azji Płd-Wsch.

5.00 – Budzik! Tomasz wstaje pierwszy, ja chowam się pod śpiworem. Kiedy widzę, że pan zawsze zorganizowany i poukładany, ma już sakwy zapakowane, zęby umyte, obcisłe galoty zaciągnięte na tyłek, wiem, że nie ma już ucieczki, muszę wstać i ja. Na rowery wsiadamy przed 6.00 i przez pierwszych 15km jestem lekko zakręcona, żeby nie napisać otępiała. Bo tak naprawdę jestem w fazie przechodzenia ze świata snu do porannej rzeczywistości. I gdy już dochodzę do siebie, pytam pana perfekcjonisty, ile to już za nami, a on mi mówi, że 16,3km, to się dziwie, że to już. Tak jakbym to przespała.

Nasze drugie śniadanie, to zawsze loteria. My zero po khmersku, a oni zero po angielsku. Dziś jednak, chyba będzie łatwo. Na widoku są jajka. Bierzemy jedno, lecimy z nim nad patelnię, pokazujemy jakbyśmy je rozbijali, wydajemy dźwięk pssssssszzzzzzzpzzzzzzzzzzz, i chyba pani skumała, że chcemy smażone. Tylko gdzie ryż. Rozglądamy się, zaglądamy do garnków. Kurde nie ma. Ale jak to nie ma? Przecież oni zawsze mają ryż. To trzeba notes wyjąć ze ściągawką i pokazać pani napis. Niestety, pani nieczytająca. Ale woła po męża. Ten czyta i mówi coś do żony, po czym zaczyna coś do nas. A my, jak to na nierozumiejących ni słowa po khmersku, szeroko się uśmiechamy i na wszystko przytakujemy. Teraz czekamy i się zastanawiamy, co zjemy. Najpierw przychodzi omlet ze szczypiorkiem, o to już jest naprawdę nieźle. Po chwili dochodzą też dwie zupy z noodelsami. Czyli jednak nie do końca nam się udało. Ale to nic, już się przyzwyczailiśmy. Zajadając się kluskami, w pewnym momencie widzimy, jak pani niesie bialutki ryż panu, który zamawiał minutę po nas.

Droga płaska, wiatru nie ma. Miło, lekko i przyjemnie. Dzieciaki z każdego, ale to dosłownie każdego mijanego domu krzyczą „Hello” lub „Bye”.

Po kilku godzinach pedałowania, gdy na liczniku już prawie 90km, dojeżdżamy do jakiejś wioski. Pytamy panią w restauracji o hotel, nie wie o co chodzi. Pokazujemy na migi, ze chodzi nam o nocleg. Pani patrzy na nas, a jej twarz nie wyraża żadnych emocji. Próbujemy więc szczęścia u sprzedawcy telefonów komórkowych. Hotel, Guest House? Na migi. Pan tylko na nas patrzy, się uśmiecha i kręci głową. To może pani w punkcie medycznym. A gdzie tam. Dwóch rowerzystów z przypiętymi bagażami. Za jakieś 20 minut się ściemni. Czy naprawdę tak trudno skumać, o co może nam chodzić. Nadzieja pozostaje w Wat’cie. U mnichów może przynajmniej uda nam się namiot rozstawić. Tak jak przypuszczaliśmy, nie ma problemu. Wybraliśmy więc najsensowniejsze naszym zdaniem miejsce i rozłożyliśmy namiot. Potem szybki prysznic z beczki i gotowi jesteśmy na kolację. Ja głodna nie jestem, za to Tomasz jak zwykle. Idziemy więc do wioski, ale jakoś nie mamy szczęścia, bo restauracja już zamknięta. Za to przy rynku stoi pani i wyciąga jajka z wielkiego kotła. To może zadowolisz się jajeczkiem na twardo? Mówię do Tomasza. No chyba nie mam wyjścia ten odpowiada. Prosi więc panią na migi oczywiście o dwa. Siadamy na drewnianych krzesełkach i czekamy. Po chwili przed Tomaszem staje talerz z 5cioma jajami, obok jakiś sos i trochę zielska. I w tym momencie zaczyna mi coś tu nie grać. Porozrzucane dookoła skorupki są jakieś dziwne, za ciemne w środku. Przyglądam się im dłużej, a moje oczy robią się coraz większe, bo właśnie się zorientowałam, co tak naprawdę jest w tych jajkach. W tym momencie Tomasz zaczyna obierać jedno i w tym właśnie momencie czuję jak żołądek podchodzi mi do gardła. Nie mów, że to zjesz? Przecież tu już dziubek widać. Ale futerka jeszcze nie ma. No spróbuję, oni to jedzą. Nie mogę na to patrzeć. Odwracam się do Tomka plecami, żeby nie zwymiotować. Chociaż podobno w smaku jak jajko, to i tak Tomasz wymięka po drugiej łyżeczce.

Wracamy do namiotu. Ciemno już, nie za bardzo jest co robić, to może jakiś seansik z laptopika? Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze kompa odpalić gdy nagle nad naszymi głowami rozbrzmiewa ciężka, khmerska nuta. Co to kuźwa jest? Tomasz wygląda i zaczyna się śmiać. Dokładnie nad naszym namiotem wisi megafon, z którego rozbrzmiewa modlitewna nuta. A khmerska muza do najłatwiejszych nie należy. Czekamy dwie godziny i znowu cisza. Usypiamy.

4.00 – budzą mnie dwie latarki przytykane do naszego namiotu. Co to jest? Tomasz, weź wyjrzyj. A tam dwóch lokalesów z wielkimi uśmiechami na twarzy zagląda nam do namiotu, podziwia konstrukcję, sprawdza twardość rurek. Poważnie? Jest 4.00 rano! Próbuję znowu usnąć.

4.30 – huk z megafonu, potem khmerska muza i zaczyna się chóralna modlitwa, a cała wioska ściąga do Watu. To już raczej nie pośpimy. Pakujemy namiot w ciemnościach w towarzystwie jednego uśmiechniętego od ucha do ucha Khmera, który obserwuje z zaciekawieniem każdy nasz ruch.

5.00 – już jesteśmy na rowerach. Ciekawe co przyniesie nam kolejny dzień. Może chociaż wyspać nam się uda, może też śniadanie będzie trafione? Ale czy ja nie za wiele oczekuję? Może….

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Bardzo fajnie opisane, częściej takie wpisy prosimy 🙂 Pozdrowienia!

  2. A ja myśle ze jestem niewyspana;)

  3. Ah jak by się wróciło znowu do tego trybu……;/

  4. W drodze każdy dzień jest inny? Serio? :>

  5. Kasia Paczek pisze:

    Super wpis moi drodzy! Aż chce się podróżować! Tylko mnie trochę martwi, że jak takich dwóch w Ameryce Południowej zajrzy do naszych namiotów to na uśmiechach się nie skończy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »