Z dziennika Magdy – Hsipaw, wioska Mister’ów

Wrzesień 29 | w Birma | przez | 1 Comment

Hsipaw

Szybko okazało się, że Hsipaw nazywać się powinno Mr Hsipaw. Tutaj bowiem śpi się u Mr Charls’a lub Mr Kid’a, je się u Mr Food’a, szejki pije się u Mr Shake’a, książki kupuje się u Mr Book’a, a jeśli chcesz odpocząć wśród zieleni idziesz do Mr Popcorn Garden’s. My osobiście związaliśmy się z dwoma Mister’ami – Shake’iem i Book’iem. Ten pierwszy, jak sama nazwa wskazuje, robi bajeczne szejki, które piliśmy średnio 3 razy dziennie. Co do drugiego, to już dłuższa historia. Zaczęło się od tego, że jak to przystało na zgredów i dusigroszy, na trekking chcieliśmy wybrać się sami. Jedyne co potrzebowaliśmy, to mapa lub chociaż nazwy miejscowości, do których mamy się na trasie kierować. W hostelu poinformowali nas, że mapy takowe nie istniej  i odesłali do lokalnych gajdów, którzy za dzień trekkingu kasują średnio 20$ od głowy. Gajdowie, też mapy nie posiadają, a nazw miejscowości nie pamiętają, bo zbyt ich dużo na trasie, aż 6. Z dobrego źródła wiedzieliśmy, że Mr Book rysuje mapy i pomaga w znalezieniu tanich przewodników. Nie wiedzieliśmy niestety, że Mr Book nie lubi się z Mr Charls’em, u którego zatrzymaliśmy się na noc. I gdy Mr Book usłyszał o naszym wyborze, odesłał nas do hostelu mówiąc, że tam mają mapy. A w hotelu mapy dać nie chcą. W głowę zachodziliśmy, co zrobić. Gdyby nam nie zamknęli Namhsan z powodu zamieszek, dawno byśmy spakowali plecaki i ruszyli w drogę, bo trasę łatwo znaleźć w necie. Innych tras w tym regionie brak. W końcu natknęliśmy się w necie na notkę, że Mr Book już nie jest tak bardzo pomocny, bo Mr Charls odbiera mu klientów. Faktycznie w holu stał regał z książkami i kto chciał mógł dokonać wymiany, kupić lub zostawić. Skoro już wiedzieliśmy o konflikcie postanowiliśmy to wykorzystać. Poszliśmy wieczorem ponownie do Mr Book’a. Powiedzieliśmy, że nie chcą jednak dać nam w hostelu mapy. Początkowo Mr Book był obojętny i powtarzał „Mają mapy, mają”. W tym momencie Tomasz wypowiedział magiczne zdanie” Bo Mr Charls, to tylko ceny wysokie potrafi dawać!” W oku Mr Booka pojawiła się iskierka, po czym powiedział – „Chinese”. No i zaczęła się jechanka na tych zachłannych chińczyków. W ciągu kilku minut Mr Book był już naszym przyjacielem. Rozrysował nam mapkę, podał nazwy miejscowości, powiedział przy którym drzewie skręcić, pod którą podejść górkę, u kogo zanocować i co ze sobą zabrać. Mało tego, nawet powiedział, że się za nas pomodli, żeby nas w drodze deszcz nie złapał. (tak swoją drogą, to Mr Book, jest mega kolesiem, z którym rozmowa to czysta przyjemność. I nie myślę tu tylko o obgadywaniu chińczyków)

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Monia pisze:

    Wracam wlasnie od Mr. Book’a – z birmanska wersja „Malego Ksiecia” dla Polaka, z ktorym tez wdal sie w ciekawa rozmowe. Fantastyczny facet – prawda. A i poczynania chinskie – no coz – tez prawda.

    Pozdrowki!

    Monia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »