Z dziennika Magdy – pod górkę

Grudzień 6 | w Laos | przez | Nie ma komentarzy

2013 12 06_z2strony_Droga do Luang_PC060096

Ja pierdziu, jak było ciężko! Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale że aż tak! Nie dałam rady… I jeśli o tak ma być dalej, to ja się poddaję. Wymiękam. Tę trasę polecił nam Florian. Powiedział, że łatwa nie jest, ale niektórzy ją robią. Kiedy Tomasz mówił o nachyleniu 10% czy 12% były to dla mnie jedynie abstrakcyjne cyferki. Ciekawiło mnie jednak, co to znaczy „łatwa nie jest”.

I gdy już przyszło mi wjeżdżać pod górę po drodze o nachyleniu 12% i więcej, poczułam, co to kuźwa znaczy. Trasa z Vang Vieng do Luang Prabang. Na długo ją zapamiętam. Ryczałam z bólu i własnej niemocy. Na tyle na ile mogłam wjeżdżałam, ale szybko schodziłam z roweru i go pchałam. Te cholerne serpentyny wiły się jak wredny wąż, który najchętniej by cię ukąsił byś mógł spaść w przepaść i roztrzaskać się o skały. Dokładnie tak się czułam, jakby ktoś chciał mnie zniszczyć. Najsmutniejsze było to, że ja naprawdę chciałam, ale fizycznie nie dawałam rady. Niemoc. Całkowita niemoc. Okropny ból mięśni. Paraliż i jedyne co mi pozostawało, to pchanie.

Czy tak właśnie będą wyglądały Chiny? Proszę, NIE! Jeśli tak, to ja odpadam. Nie będę miała żadnej przyjemności z mijanych widoków, ze spotkanych ludzi i w końcu moja miłość do roweru zamieni się w nienawiść. A tego bym nie chciała.

Do przejechania, co ja mówię, do przepchania w moim przypadku, mieliśmy tylko 35km z czego tylko 10km największego hardkoru, gdzie droga pięła się na ponad kilometr w górę. Wydawać by się mogło, że to tylko 35km. A jednak, dla mnie nie do pokonania. W połowie trasy zaskoczyły nas roboty, które zmusiły nas do ponad dwugodzinnej przerwy. Tutaj też spotkaliśmy trzech rowerzystów, tyle że na pikapie. I tak nam się strasznie dziwili dlaczego wybraliśmy „kilera, bo przecież mogliście zostać na 13-tce, byłoby dużo łatwiej”. No właśnie, dobre pytanie. Po prostu z ciekawości, z niewiedzy. Chcieliśmy zobaczyć jak to jest. No i kuźwa, teraz już wiem. Nigdy więcej.

Na ostatnich metrach, kiedy już słońce zachodziło, a ja oczywiście rower pchałam ze spuszczoną głową, bo już nawet nie miałam jej siły trzymać pionowo, zatrzymał się samochód. Wysiadł koleś, spojrzał na mnie i nawet nie zadając zbędnych pytań, wziął ode mnie rower i wrzucił go na przyczepę. To było zbawienie. Gdybym tego dnia miała przejechać choćby jeden kilometr więcej, zwymiotowałabym z wysiłku. Nie przesadzam.

Pomyślicie pewnie, że przecież mieliśmy ze sobą namiot, że mogliśmy się rozbić i jechać następnego dnia. Wszystko się zgadza, tylko, że byliśmy w górach, wąska krawędź, a dalej przepaść. Namiot musielibyśmy rozbić na jezdni. Mało tego. Jak zwykle jesteśmy bardzo wyluzowani i po co nam woda, po co nam jedzenie na zapas. Do tej pory, co kilka kilometrów była wioska, a tam sklep. W górach jednak jest inaczej. I tak żeśmy jechali o pustym żołądku z kilkoma kroplami wody w bidonie.

Nie no masakra, mówię Wam. Teraz już wiem co to 12% i nigdy, przenigdy więcej. Jak coś to od razu wrzucam rower na busika i nawet nie próbuję, bo wiem ile to kosztuje. Nie wiem, może jak więcej pojeżdżę po górach, może jak mięśnie się przyzwyczają, może następnym razem dam radę. Ale na tę chwilę 12% mówię zdecydowane NIE!

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »