Z dziennika Magdy – w Yangon

Wrzesień 19 | w Birma | przez | 8 Comments

Yangon

„Ludzie, gdy już powstrzymają się od charchania, plucia i bekania okazują się otwartymi, ciekawymi, wartymi głębszego poznania osobami” – słowa Marka, mieszkającego w Birmie od dwóch lat, lekko mnie przeraziły. Wszelkiego rodzaju smarki, gile, charczenie i spluwanie zielonej mazi wcześniej wciągniętej przez nos skutecznie mnie obrzydza. Ogólnie uważam się za dosyć twardą osobę, która zniesie robala w jedzeniu, czy włosa. Nie boję się krwi, ran otwartych, mogą być nawet zaropiałe. Pewne smrody wywołują we mnie mdłości, ale tez raczej musi to być coś mocnego. Natomiast co do flegmy, fluka i tego dźwięku wciągania i wycharchiwania, na samą myśl włos mi się na łydce jeży. Spacerując więc po Yangon, pierwszego birmańskiego miasta, do którego przyjechaliśmy, byłam mocno wyczulona. Już nawet mniej zwracałam uwagę na leżące wszędzie śmieci, obdrapane budynki, czy cuchnące zakamarki, jak to mam w zwyczaju. Przygotowałam się na najgorsze. Byłam pewna, że flegma mnie dopadnie i nie będą mogła przed nią uciec. I wiecie co, nie było wcale tak najgorzej. Do pewnego momentu. Nie licząc kilku mało znaczących splunięc przed, którymi najczęściej udawało mi się uciec wzrokiem, no i jednej sytuacji, kiedy o mały włos nie zostałam opluta betlem, bo pan odwracając się do splunięcia, akurat mnie nie zauważył, było całkiem przyzwoicie. Do pewnego momentu. Moment ten nastąpił w słynnej pagodzie Shwedagon. Wyobraźcie sobie miejsce niesamowitego spokoju i duchowego uniesienia. Na tle modlących się w skupieniu wiernych błyszczą złote stupy, a kojąca cisza, co jakiś czas przerywana jest równie kojącymi, delikatnymi dzwoneczkami. I tak sobie spaceruję w tym spokoju, czuję, że uniesienie modlących wiernych mnie porywa. Zachwycona mistyczną atmosferą sama się do siebie uśmiecham. Aż tu nagle ciszę przerywa charch. Niechcący, mimo woli odwróciłam głowę w kierunku wydanego dźwięku. A tam koleś, pomiędzy tymi wszystkimi klęczącymi ludźmi, wkłada pół ręki do gardła i zaczyna rzygać. Jakiś charczek mu najwidoczniej zalegał, więc postanowił, że się zrzyga pośrodku ołtarza. Ale najlepsze jest, to, że jedyną osobą, która się zdziwiła byłam ja. Reszta ludzi nawet nie spojrzała, okiem nie mrugnęła. Czyli śmiało mogę powiedzieć, że moja przygoda z Azją właśnie się zaczyna.

 Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij tu i zapisz się do newslettera!



  1. Marcin Tymiński via Facebook pisze:

    o f***k, aż mi jedzenie do gardła podeszło….

  2. Malgorzata Pokutycka via Facebook pisze:

    rozumiem ze juz nie mozesz doczekac sie Indii 😛

  3. ujęte tak, że się wczułem, zatraciłem i umarłem ze śmiechu 🙂

  4. Taaaak, w Azji łatwo nie jest:)

  5. A my jak przylecieliśmy do Yangonu ze zamerykanizowanych Filipin to byliśmy przeszczęśliwi na widok tego brudku, smrodku i innych niedoróbek, bo znowu poczuliśmy się jak w naszej ukochanej Azji. A szczerze mówiąc, to jeśli Birma was rusza, to powodzenia w Indiach 🙂

  6. Monika Herzog via Facebook pisze:

    Kasia Kipigroch-Paczek ma rację. POWODZENIA w Indiach… tam to jest dopiero CZAAAD!

  7. Marta Bogusz via Facebook pisze:

    Pamiętam jak Gosia z Romanem o tym opowiadali – pomyślałam sobie wtedy, nie… no nie wierzę. Ale skoro Wy też to wiedzieliście to chyba wierzę 🙂 bleee…

  8. Namawiacie tak Wszyscy na te Indie, ze faktycznie doczekac sie juz ich nie możemy:-D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top
Translate »